Podsumowanie miesiąca w kwadracie: lipiec 2017

Są wakacje, a ja jakoś ostatnio tego nie zauważam. W zasadzie jest już połowa wakacji, a ja nic! Niby byłam na wyjazdach, niby weekendy spędzam na wolnym powietrzu ze znajomymi i rodziną, ale cały czas czułam się zmęczona i miałam poczucie zmarnowanej okazji do korzystania z wakacji. Dlatego idąc za radą Oli, czyli Pani Swojego Czasu i Kasi z Worqshop postanowiłam być bardziej uważana, zwracać uwagę na to co mam i przestać stawiać sobie tak bardzo wygórowane cele. W związku z tym rozpoczynam nowy – co miesięczny cykl postów, w którym to zbiorę wszystkie kadry, miejsca i chwile, z mijającego miesiąca. Lipiec to miesiąc moich urodzin więc wydaje się idealny, jak na początek nowego cyklu. I wiecie co? Wyszło fantastycznie! Przypomniałam sobie te wszystkie fantastyczne momenty – granie w gry, letni deszcz, skakanie w kałuży i naleśnika z jagodami! Lipiec zdecydowanie upłynął pod znakiem Południa i jagód! Zapraszam was w lipcową podróż sentymentalną.

1

Lipiec rozpoczęłam od urodzinowej wycieczki do Katowic – był tort, balony, sto lat i oczywiście mnóstwo prezentów. Przyjemne chwile zatarły nieprzyjemną podróż, która trwała zdecydowanie dłużej niż zakładałam o jakaś 1,5h dłużej. Wracając wstąpiłam też do sklepu po śląskie słodkości – oblaty i szklaki, czyli andruty i cukierki.

3

Po powrocie z Katowic miałam trochę czasu na odświeżenie, jeszcze studenckich, znajomości. Wieczór w samym Centrum Warszawy – na Chmielnej, spędziłam w towarzystwie Michała, Ewy i gier planszowych. Graliśmy w „7 cudów świata” i „TimeLine” w wersji o Polsce. Zapomniałam już jakie to fajne uczucie: zabawa z nutką rywalizacji i można tak do rana! Jak wychodziłam od nich właśnie nadchodziła wielka burza, niebo było granatowo – stalowe i zerwał się wieki wiatr. Trochę strachu czy dążę do samochodu było, nie mniej powietrze pachniało wspaniale. A do samochodu nie zdążyłam! Ale to przez witrynę w Flying Tiger – tam zawsze jest coś fajnego, chociaż zazwyczaj niepotrzebnego.

WP_20170715_12_18_51_Pro

W połowie miesiąca udało mi się wyrwać na weekend na Południu – był Kraków, Mogilany, Buków, termy w Chochołowie i spacer po Zakopanym (w tym obowiązkowa panorama miasta z Gubałówki). Chociaż pogoda nie dopisała to bliskość gór i niesamowite widoki wynagrodziły wszystko. Poza tym mam dylemat, które termy są moimi ulubionymi – te w Białce czy w Chochołowie. Najlepiej sprawdźcie oba miejsca i zdecydujcie sami. Klasycznego spaceru po tatrzańskich dolinkach nie było, ale spacer po Bukowie i Mogilanach wynagrodził wszystko. Szczególnie, że wyszło słońce i widoki stały się jeszcze bardziej niesamowite. Ach zapomniałabym! Jednym z odkryć tego wyjazdu, poza termami w Chochołowie, był punkt widokowy na lotnisko w Balicach – górka od strony lądowania samolotów! Robi wrażenie – już teraz nie dziwię się tym zapaleńcom, którzy wiele godzin czekali na lądowanie Air Force One w Warszawie. Nadmiernie tylko troszeczkę o jedzeniu – oscypki z żurawiną z grilla, góralska kwaśnica i pierogi z jagodami. Co więcej do szczęścia potrzeba?

9

Środek lipca spędziłam w moim ukochanym miejscu na Ziemi, czyli w Bieszczadach, a konkretnie w Łopience – dawna wieś w Dolinie Łopienki,  cieniu Łopiennika i Korbani. Dziś pozostała cerkiew z kopią obrazu Matki Boskiej Łopieńskiej (oryginał jest w Polańczyku) oraz drewnianą rzeźbą Chrystusa Bieszczadzkiego, ruiny piwniczek ukryte w wysokich pokrzywach i studencka baza namiotowa „Łopienka”. Całe Bieszczady pachną miętą i jagodami, ale to miejsce jest szczególne. Wyjazd był wyjątkowo krótki, ale postanowiłam wykorzystać go do ostatniej kropli. Były więc Rawki, były pierogi w Siekierze w Cisnej, były połoniny, były bieszczadzkie cerkwie – z racji możliwości wykorzystania samochodu – oraz po raz pierwszy – Naleśnik Gigant © w Chacie Wędrowca. Pycha!

6

A wracając z Bieszczad zahaczyłam jeszcze o skansen w Sanoku i Kolbuszowej – wstyd się przyznać, ale w obu byłam po raz pierwszy. Obra różne, ale oba ciekawe. Sanok – klasa sama w sobie – przekrój ludów gór i ich domostw naprawdę imponujący. Imponująca jest też najnowsza część skansenu – Galicyjski Rynek, chociaż, jak dla mnie, nieco wieje nudą i pustką – nawet podczas dużego wakacyjno – niedzielnego ruchu turystycznego. Sanok jest na tyle dużym skansenem, że ma się poczucie osamotnienia podczas zwiedzania. Grupy z przewodnikami chodzą w dosyć dużych odstępach, więc „zwykli zwiedzający” mają możliwość swobody. Minusem jest to, że do większości chałup bez przewodnika nie wejdziemy oraz bardzo słabe oznakowanie terenu. Mapkę z planem skansenu dostałyśmy dopiero na końcu – chyba żeby zobaczyć, co ominęłyśmy. Zupełnie inaczej jest w Kolubuszowej – tam mapka jest jednocześnie biletem, ale teren skansenu jest dobrze oznakowany, jak poszczególne sektory dobrze skomunikowane. Brakuje mi tylko nieco rozbudowanej gastronomii, bo przyznam się, że po tylu godzinach jazdy samochodem i chodzenia po skansenach, miałam ochotę zjeść coś większego niż naleśniki z serem. Ale może się czepiam:. Dalsza podróż do domu przebiegła bez większych komplikacji.

 

WP_20170723_12_35_11_Pro

WP_20170723_13_44_53_Pro

Po powrocie z Bieszczadów w Warszawie zrobiła się pogoda po psem – była naprawdę śliczna jesień tego lata! Za to dzieci były zadowolone – kolorowe kalosze + kałuże = super frajda. Nie powiem, też skorzystałam z tej zapomnianej nieco zabawy!

11

Ostatni weekend miesiąca spędziłam opychając się pysznościami: na Festiwalu Pierogów Świata w sobotę i na Pikniku Azjatyckim w niedzielę. Ukraińsko – rosyjskie pielmieni, gruzińskie chinkali, chińskie dim sum, hiszpańskie empanadas, włoskie calzone i wreszcie nasze polskie- z burakami, malinami, jagodami, czekoladowe… Pierogowy raj po prostu. Bulwary Wiślane, niedaleko Pomnika Saperów i knajpy Cud nad Wisłą zaroiły się od pierogożerców. Na szczęście – pomimo sporej frekwencji – pierogów wystarczyło, a kolejki nie były aż tak duże. W niedzielę również było przepysznie – kuchnia koreańska, libańska, chińska, japońska, gruzińska, a nawet nepalska wabiły zapachami i wyglądem potraw. W barze Iskra, na terenie Skry, niedaleko Pól Mokotowskich całą niedzielę spędziłam wylegując się w hamaku i pojadając pyszności – moim osobistym hitem okazał się mango lassi – koktajl z mango i jogurtu ze stanowiska nepalskiego. Całkiem smaczne były też bulgogi, nieco rozczarowujący był vege ramen. W brew tego co mogłoby się wydawać, ludzi nie było zbyt dużo. Oczywiście, jak na niewielki teren był mały tłumek, ale kolejek do jedzenia nie było, a korkowało się przy barze z napojami i koło niewielkiego basenu.

12

WP_20170729_12_43_49_Pro

Lipiec upłynął pod znakiem wakacyjnej laby, poprzeplatanej pracą, tak bym to ujęła. Nie zdążyłam jeszcze w tym roku skosztować gofrów więc wszystko przede mną! Pierogów z jagodami i malin nigdy dość, więc myślę, że jeszcze niejedno malinowo – jagodowe przedpołudnie i popołudnie przede mną. Wbrew temu, co mi się wydawało udało mi się całkiem sporo dni wykrzesać na odpoczynek i wyjazdy. W zasadzie w każdy lipcowy weekend gdzieś wybyłam. Patrząc na to całościowo wychodzi na to, że mam całkiem fajne wakacje! A przecież urlop dopiero przede mną! Muszę częściej robić takie podsumowania! I Ciebie też do tego zachęcam!

 

Podobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

Apteczka podróżna – jak, co i gdzie?

Są pewne rzeczy, które w podróż musimy ze sobą zabrać. I nie ważne czy jest to dwudniowa wycieczka na kajaki, tygodniowy trekking w Bieszczadach czy półroczna podróż życia. W zasadzie ilość podstawowych rzeczy do zabrania jest taka sama przy każdym z tych wyjazdów. Dzisiaj będzie o apteczce. Czasami możemy z niej nie skorzystać w ogóle, czasami wyjmiemy tylko plaster lub użyjemy bandaża jako sznurka, ale bywa i tak, że uratuje nam życie. Dlatego bez względu na to, gdzie i na ile jedziemy apteczkę powinniśmy mieć ze sobą zawsze. Oczywiście wyposażenie naszej apteczki będzie różnić się w zależności do tego czy jedziemy do Sandomierza czy do Łopienki w Bieszczadach – odległość od najbliższej apteki i punktu medycznego ma duże znaczenie, tak samo jak miejsce, do którego się wybieramy. Ważną sprawą jest też aktualizacja wyposażenia naszej apteczki, czyli przede wszystkim sprawdzania daty przydatności do spożycia leków, które w niej mamy. Poniżej lista rzeczy, które znajdują się w mojej.

  • Opatrunki – plastry o rozmaitej wielkości, czasami takie do przycięcia czasami „gotowce” w zależności, co jest pod ręką. Przydatna jest też gaza, opatrunki jałowe i bandaże. Są nieocenione w przypadku większych skaleczeń czy zwichnięć. W razie potrzeby przez gazę możemy coś przefiltrować, a z bandaży zrobić sznurek, plastrami zaś możemy zalepić dziurę w podręcznym plecaku.
  • Turystyczna folia termiczna (NRC) – niewielki prostokątny, dwustronny pakunek może uchronić nas przed piekącym słońcem lub dużym mrozem. W czasie deszczu sprawdzi się też jako peleryna, gdy takowej nie będziemy mieć. A w zimne wieczory może posłużyć za koc.
  • Antybakteryjny żel do rąk – jak z wieloma rzeczami jego skuteczność i konieczność stosowania poddawana jest w wątpliwość. Jedni stosują go nałogowo, inni od niego stronią. Jego zadanie jest proste: zniszczyć ewentualne bakterie, wirusy i inne zanieczyszczenia. Robi to tak skutecznie, że niszczy też naszą naturalną florę bakteryjną, która czasami jest przydatna. Ja zabieram go ze sobą w podróż, wy macie wybór.
  • Rękawiczki lateksowe bardzo przydatne w przypadku ran otwartych, krwawienia itd. Możemy zabezpieczyć swoje ręce, nie tylko pomagając znajomym, ale też nieznajomym na szpaku – jest to bardziej higieniczne, gdyż z jednej strony chronimy siebie przed ewentualnym zakażeniem, z drugiej zaś nie przenosimy własnych bakterii na poszkodowanego. Przydadzą się też podczas wymiany oleju czy grzebania w ziemi.
  • Jednorazowe chusteczki odkażające, ewentualnie woda utleniona, ale ona jest nieco nieporęczna, do tego passe i nie nadaje się do odkażania wszelkich ran. Chusteczki np. Leko lub octenisept dają większe pole do popisu, przy okazji są lekkie, nie zajmują wiele miejsca i nie ma ryzyka, iż ich ‘zawartość’ zaleje nam apteczkę i plecak. Można zabrać też małe jednostki soli fizjologicznej, ale ja z niej nie korzystam więc się nie wypowiem.
  • Nożyczki, pęseta– must have i już. Nie tylko do apteczki, ale ogólnie. Pensetą wygubienie niepotrzebne włoski, ale też kleszcza w razie potrzeby. Nożyczkami przetniecie sznurek, kołtun na włosach, ale też bandaż czy plaster.
  • Jednorazowa maseczka do sztucznego oddychania – można, ale nie trzeba. Na pewno poprawia komfort i bezpieczeństwo w przypadku konieczności udzielenia pierwszej pomocy. Oby była niepotrzebna. Przy okazji przypominam: 30 ucisków na 2 wdechy.
  • Leki – leki w apteczce też są osobnym tematem, szczególnie, że jeśli nie jesteśmy ratownikami nie mamy prawa ich podawać. Jednak ja w swojej apteczce zawsze mam leki, które są sprawdzone i pomogą mi w kryzysowej sytuacji. Do tego takie, które przyjmuję stale – przecież wyjazd nie sprawia, że przestałam chorować czy nagle ich nie potrzebuję! Pamiętajcie o tym przed wyjazdem! Przede wszystkim mam leki alergiczne, jako alergik nie rozstaję się z nimi. Dobrym pomysłem jest też zapakowanie wapna – nawet jeśli nie jesteśmy zdeklarowanymi alergikami mogą wystąpić pokrzywki lub inne reakcje alergiczne, w których wapno może pomóc. Po drugie leki przeciwbólowe: preferuję ibuprom lub coś w tym stylu niż no-spę i apap, ale co kto „lubi”. Po trzecie leki wzmacniające odporność Wit. C i gripex lub coś podobnego, przydaje się kiedy przemoknę na deszczu podczas spaceru nad Bałtykiem oraz gdy na połoninach będzie wiać. Czasami zabieram ze sobą też leki przeciwbiegunkowe lub węgiel medyczny na zatrucia. Jednak podczas zatruć preferuję głodówkę i mocną herbatę. A poważne biegunki, odpukać w niemalowane, omijają mnie jak na razie. Zabieram też ziołowe tabletki na ból gardła. Nie zabieram ze sobą leków na chorobę lokomocyjną, gdyż zazwyczaj jej nie mam, a jak już to wystarczy nawiew, otwarte okno, woda i… miętowe tic-taki.
  • Kremy i maści – ja zabieram ze sobą coś na ukąszenia komarów i innych muszek (zabieram też sprey przeciw owadom). Do tego koniecznie krem na poparzenia i zwykły nivea (krem do opalania z filterm UV też jest niezbędny – i to nie taki 10, tylko 40-50 co najmniej). Mam też maść na stłuczenia i bóle mięśniowe (voltaren, altacet lub siniak).

first-aid-908591_1920

Gotowiec vs indywidualizm

Kupując gotowe apteczki otrzymujemy spokój – dostajemy komplet przydatnych rzeczy, z których skorzystać możemy podczas sytuacji awaryjnej. Ponadto mamy możliwość zakupu różnych typów i wielkości apteczek. W kilka chwil dostajemy gotowy produkt: wyposażenie i jego obudowę, gotowe do zabrania. Pamiętajmy jednak, że zazwyczaj w apteczkach „gotowcach” nie ma leków. Do tego przejrzyjmy ich zawartość przed zakupem, by sprawdzić czy nam odpowiada, a już na pewno przed samym wyjazdem, by po prostu widzieć, co mamy. Gotowce mają to do siebie, że są wystandaryzowane – zawierają obowiązkowe rzeczy, które niekoniecznie mogą odpowiadać naszym potrzebom. I tutaj znowu uwaga kupujmy raczej te sprawdzone, od firm, które mają doświadczenie w tym temacie, a nie w supermarkecie czy najtańsze na aukcji internetowej. Indywidualnie kompletując apteczkę mamy większy wpływ na to, co się w niej znajdzie. Jednak wymaga to nieco wiedzy i doświadczenia, no i zabiera trochę czasu. Chociaż gdy już ustalimy listę zakupów same zakupy najczęściej możemy zrobić w najbliższej aptece.  Pamiętajmy też o pokrowcu – czystej, zamykanej torebce, kosmetyczce lub specjalnej torbie, by nasza apteczka nie była rozsiana po całym plecaku, by nie zmoczył jej deszcz oraz by była po prostu łatwo dostępna.

help-1639253_1920

Podsumowanie

Na koniec pamiętajcie o kilku najważniejszych rzeczach:

  1. Apteczki powinniśmy kupować w sprawdzonych sklepach medycznych/ aptekach, a nie na stacjach benzynowych czy na promocji w supermarkecie.
  2. Powinniśmy dokładnie wiedzieć, co w nich mamy i do czego to służy. Czyli przed wyjazdem warto zapoznać się np. z ulotkami jeśli mamy w apteczce leki.
  3. Apteczki powinniśmy dopasować do wyjazdu i naszych indywidualnych potrzeb, jeśli jedziemy w pojedynkę lub zrobić wywiad i zabrać leki „bezpieczne” dla grupy, z którą jedziemy (w przypadku obozów turystycznych).
  4. Przed wyjazdem sprawdźmy czy zawartość naszej apteczki ma odpowiednią datę przydatności, a nie pakujmy tam rzeczy z szuflady, które przecież trzeba kiedyś wykorzystać.
  5. Zawartość apteczki powinniśmy trzymać w oddzielnym opakowaniu – nie musi to być od razu specjalistyczny plecak, ale oddzielna torebka czy kosmetyczka, do której nie przedostanie się woda czy niechciane zanieczyszczenia zewnętrzne. Nie wrzucajmy leków czy bandaży luzem do plecaka!
  6. Do apteczki zapakować możemy tez instrukcję udzielania pierwszej pomocy, niby wszystko wiemy, ale w sytuacji sterowej nigdy nie mamy pewności, jak nasz organizm zareaguje.
Podobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

 

Noc muzeów, czyli o tym, jak zwiedzać muzea

Prawda nr 1 Muzea jako takie nie cieszą się dużym zainteresowaniem. W zasadzie jadąc na wakacje, wolimy cieszyć się pogodą i okolicą, aktywnie spędzając czas niż włóczyć się po muzeach. Chyba, że są to najbardziej znane i „modne” miejsca – jak Luwr czy Metropolitan Museum w Nowym Jorku. Wszyscy jednak wiemy, że są. Do tego zgadzamy się, że są ważne i należy je wspierać. Ponadto człowiek kulturalny, jeśli chce się za takiego uważać powinien uczestniczyć w kulturze. A uczestnictwo w kulturze wiąże się z odwiedzaniem miejsc kulturalnych, w tym również muzeów. Warto zatem inwestować nasz czas w odwiedzanie muzeów, gdyż to rozwija i poszerza nasze horyzonty.

Prawda nr 2 Muzea są różnorodne i jest ich dużo. Zajmują się różnymi wycinkami naszej rzeczywistości, stąd różnią się od siebie eksponatami, formą ich ekspozycji oraz zasadami zwiedzania. Nie wszystkie muzea są dla każdego. Stąd warto, przed wizytą, sprawdzić wcześniej, co prezentują, w jakiej formie i kiedy.

Prawda nr 3Według danych GUSu najwięcej muzeów w Polsce znajduje się w województwie mazowieckim i małopolskim – po 119 placówek. Najmniej jest w województwielubuskim – 17 miejsc i opolskim – 16. Na podium znalazły się muzea regionalne, których jest najwięcej, bo aż 189 placówek, nieco mniej jest muzeów historycznych – 143 , a podium zamykają muzea artystyczne, których jest 83.

WP_20150306_014

Jak wynika z powyższego wykazu prawd – muzea w Polsce istnieją i warto do nich zaglądać. Najwięcej jest ich na Mazowszu – tutaj przoduje Warszawa i w Małopolsce, gdzie prym wiedzie Kraków. Nie dziwi więc, że w tych dwóch województwach wciąż wymyślane są nowe sposoby na to, by zachęcić nasze – czasami dosyć oporne społeczeństwo – do wizyty, w którymkolwiek z nich.  W Krakowie, dokładniej w Samorządzie Studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, zrodził się pomysł na to, jak zachęcić studentów, by zamiast oddawać się innym rozrywką, raz na jakiś czas, wybrali się do muzeów. Tym pomysłem jest Studencki Tydzień SztukiUJ– akacja skierowana, niestety tylko do studentów i doktorantów Uniwersytetów Jagiellońskiego, pozwalająca za darmo lub za niewielką opłatą (1 zł) odwiedzić wszystkie (lub zdecydowaną większość) krakowskich muzeów – w tym te największe, jak Muzeum Czartoryskich, Zamek na Wawelu czy Muzeum Narodowe, ale również te mniejsze, jak Muzeum Farmacji czy Muzeum Fotografii. Podobną akcją objęty jest krakowski Kazimierz, gdzie raz w roku odbywa się Noc Synagog – niedostępne na co dzień miejsca nagle stają otworem, można do nich wejść, posłuchać prelekcji, wykonać własną chamsę (inaczej rękę Miriam lub Fatimy – popularny w krajach arabskich i kulturze żydowskiej symbol, mający chronić przed złym okiem).

WP_20160716_035

Innym przykładem podobnej akcji – tym razem ogólnopolskiej – jest Noc Muzeów. Autorzy wychodzą z założenia, że część osób nie chodzi do muzeów, gdyż są one za krótko otwarte. Więc proszę od 19 – 1 w nocy można udać się nie tylko do muzeów, ale również do innych miejsc, które (tak samo, jak cześć krakowskich synagog) mogą być na co dzień zamknięte i niedostępne, jak warszawskie Filtry. Tutaj również na zwiedzających czekają dodatkowe atrakcje – w postaci wykładów, prelekcji, pokazów filmów, warsztatów manualnych, gier terenowych.

Jeszcze innym przykładem może być Industriata – regionalne wydarzenie dotyczące muzeów technicznych na Śląsku. Tutaj jednak część wydarzeń jest płatna, na część obowiązują wcześniejsze zapisy. Jednak pomysł pozostał ten sam – możliwość zwiedzenia muzeów w rozszerzonym zazwyczaj wymiarze – zarówno godzin, jak i proponowanych atrakcji.

WP_20170520_18_12_33_Pro

Wszystkie wymienione wyżej akcje, są słuszne, ciekawe i godne polecenia. Jednak wybierając się na nie powinniśmy się do tego przygotować. Po pierwsze powinniśmy wziąć pod uwagę, wymienione na początku tego tekstu, 3 prawdy. Po drugie musimy pamiętać, że każda z wymienionych wyżej atrakcji jest popularna – to znaczy, jeśli nam się podoba to z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy uznać, że ponad połowie społeczeństwa również, a to oznacza kolejki. Gdyż wystawy muzealne, zazwyczaj znajdują się w muzeach, czyli budynkach o ograniczonej przepustowości. Ponadto część wystaw wymaga odpowiednich warunków technicznych – to znaczy, że dany obraz może znajdować się tylko w pokoju z odpowiednią ilością światła, odpowiednią temperaturą oraz odpowiednią wilgotnością. Stąd do pewnych miejsc po prostu nie może wchodzić wiele osób.Dlatego też powinniśmy wziąć to pod uwagę i nastawić się, że do „najlepszych” – najbardziej znanych miejsc, będziemy czekać w kolejkach. Tak jest i już. To prowadzi nas do trzeciej rady: warto poświęcić 10 minut, usiąść spokojnie, przejrzeć program wydarzeń, sprawdzić strony internetowe wybranych obiektów i być może ich fanpage, sprawdzić lokalizację i dojazd do interesujących nas miejsc. Gdyż może się okazać, że muzea, do których chcemy iść znajdują się na trzech różnych końcach miasta i będzie nam się trudno do nich dostać, ale może się też okazać, że możemy wybrane przez nas placówki pogrupować – tak, jak na przykład podczas Studenckiego Tygodnia Sztuki chcąc odwiedzić wszystkie muzea, musimy sobie zaplanować w zasadzie cały tydzień. Możemy też odkryć informację o tym, że żeby wejść do danego obiektu musimy zdobyć wejściówki lub bilety. Pozwoli nam to oszczędzić później czas, pieniądze i nasze nerwy.

WP_20170520_19_30_56_Pro

Biorąc pod uwagę tych kilka prostych rad, wszystkie tego typu atrakcje będą dla nas miłe i przyjemne. Znamienne jest jednak to, że dzisiejszemu społeczeństwu same eksponaty już nie wystarczą. Należy pokazać coś ponad, dać jeszcze jakąś wartość potencjalnemu przybywającemu. Nie mówię, że to jest złe – przeciwnie – w większości przypadków powoduje wzrost zainteresowania obiektem, dodatkowo czasami utrwala zdobytą wiedzę podczas wizyty, a czasami zaprasza na kolejne zwiedzanie. Moje obawy jednak budzi skala dodatków. Powinniśmy pamiętać, że jednak najważniejszy jest eksponat – stąd powinien on stanowić główny trzon, a nie tło i dodatek do czegoś innego – ulotek czy gier. Dodatkowo warto wziąć pod uwagę jeszcze jedną akcję muzeów – większość z nich ma jeden dzień, w którym na co dzień jest otwarta za darmo! Stąd wybierając miejsca na Noc Muzeów czy Studencki Tydzień Sztuki możemy pomyśleć o wybraniu się do miejsc mało znanych lub takich, do których normalnie zwykły, szary obywatel nie ma wstępu.

Narodzie do muzeów marsz!

Podobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

Gdynia w 24h

Są rzeczy i miejsca, o których wiemy, że istnieją. Wiemy, ale zbytnio się tym nie przejmujemy. Wiem, że istnieje jogurt truskawkowy, masło orzechowe i słony karmel. Tak samo istnieją buty na niebotycznie wysokich obcasach, pomarańczowe kurtki i samoloty. Tak dobrze odczytujecie nie jadam tych rzeczy, nie noszę butów na wysokim obcasie, nie bardzo lubię pomarańczowy oraz zdecydowanie nie lubię latać samolotami. Tak samo wiem, że istnieje Gdynia – miasto portowe, część Trójmiasta – nie tak zabytkowe, jak Gdańsk i nie tak imprezowe, jak Sopot – ot, stacja końcowa północnego kierunku Pendolino.

DSC06262

Mam rodzinę w Gdańsku więc zazwyczaj wysiadam z pociągu na stacji Gdańsk – Oliwa. W Gdyni byłam kilka razy, które można policzyć na palcach jednej ręki. Kilka razy dzieciństwie, co pamiętam głównie na podstawie zdjęć, w porcie siedząc na jakiejś ławce i oglądając ORP Błyskawica. Ponownie byłam przejazdem na Hel, więc też niewiele zapamiętałam. Najbardziej zapamiętałam wizytę w gdyńskim Akwarium, ale nie pamiętam kiedy i z kim tam byłam – pewnie jakaś kolonia. Niewiele tego więc postanowiłam to zmienić i coś jednak z tej Gdyni zapamiętać. Dobrą okazją do tego, był oczywiście, kilkudniowy pobyt w Gdańsku.

DSC06263

Do Gdyni z Gdańska najlepiej dostać SKM-ką, po drodze można albo spać, albo podziwiać widoki, albo też prowadzić miłą konwersację ze współtowarzyszami podróży. Wysiadając na stacji Gdynia Główna trafiamy do innego świata – nie tak głośnego i zatłoczonego, jak Gdańsk i Sopot. Chociaż pewnie stwierdzenie to nie dotyczy dni, w których na gdyńskim lotnisku odbywa się Opener – jeden z największych festiwali muzycznych w Polsce czy podczas jesiennego Polskiego Festiwalu Filmów Fabularnych, który doczekał się swojego pomnika. Wiecie, że Gdynia jest największym polski miastem, które nie jest województwem? Od zawsze związana z morzem, „zaczynała” jako mała, rybacka wioska, po czym przeistoczyła się w nadmorskie letnisko, by na końcu stać się ziszczeniem polskim marzeń o dalekomorskim porcie. Koordynatorem tych marzeń był inżynier Eugeniusz Kwiatkowski, którego pomnik możemy oglądać przy głównej ulicy miasta. Tuż przed wybuchem wojny, Gdynia, posiadała port rybacki, towarowy, pasażerski oraz stocznię. To stąd odpływał słynny MS Piłsudski i TSS Stefan Batory – statki oznaczające wolność i lepsze życie. Na pięć dni przed wybuchem wojny na placu Grunwaldzkim dał koncert Jan Kiepura. W powojennej historii naszego kraju też odegrała ważną rolę, m. in. znajduje się tu Akademia Morska i siedziba Marynarki Wojennej, nie wspominając dalekomorskiego portu pasażerskiego i towarowego. Do tego jest to jedno z najbardziej słonecznych miejsc w Polsce – słońce świeci tu 1671 godzin w ciągu roku!

DSC06304

Już na wstępie czuć klimat i charakter tego miejsca, gdzie losy lokalnej ludności splatają się z historią całego regionu. Gdynia ma niesamowity klimat – jest otwarta, innowacyjna, nie nastawiona na zysk i wyścig szczurów. Zupełnie inna niż Warszawa czy Kraków. I czuć to zarówno w powietrzu, jak i w działaniach ludzi i władz miasta. Chcecie przykładów? Proszę bardzo –całkowicie darmowy  InfoBox – 22 metrowa wieża z widokiem na zatokę oraz kolejka linowo – terenowa na Kamienną Górę – 52,4 m n.p.m., jedna z dzielnic Gdyni, z której rozciąga się niesamowity widok na miasto i na zatokę aż po Półwysep Helski, przy okazji znajduje się tam też bardzo ładny park oraz zabytkowe zabudowania willowe. Ponadto zieleń zajmuje 45 % powierzchni miasta – Gdynia jest częścią Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, a do tego oprócz parków miejskich jest tu rezerwat leśny a nawet podwodny! Do tego Gdynia jest jednym z dwóch miast w Polsce, w których możemy skorzystać z komunikacji trolejbusowej.

DSC06297

Zwiedzanie zaczęliśmy od spaceru ulicą Starowiejską i Pomnika Wysiedlonych Gdynian – bardzo przejmujący widok.  Spacerując ulicą Starowiejską dochodzimy do głównego punktu programu, czyli skweru Kościuszki – nadbrzeża, przy którym znajduje się Akwarium Gdyńskie oraz cumują statki-muzea ORP „Błyskawica” i żaglowiec „Dar Pomorza”. Akwarium ominęliśmy – kolejka, jak do Wedla podczas Nocy Muzeów. Jednak nie oznacza to, że nie warto. Zobaczyć w nim można jak wygląda dno Bałtyku oraz bogactwo fauny i flory tego akwenu. Za to statki odwiedziliśmy oba – znajdują się blisko siebie, bilety są tanie i naprawdę warto – pierwszy brał udział w II wojnie światowej, drugi szkolił młodzież i powstał ze składek społeczeństwa (stąd jego nazwa), pondato jest jednym z najpiękniejszych polskich żaglowców.Tak samo warto zrobić sobie krótki spacer bulwarami, po czym zagłębić się w modernistyczną architekturę miasta, by na koniec dotrzeć do dawnego Dworca Morskiego, w którym dzisiaj znajduje się Muzeum Emigracji – instytucja na miarę XXI wieku, podobna do Muzeum Solidarności i Muzeum Polin, pod względem użytych środków technologicznych i ilości zgromadzonych zbiorów, opowiadająca o emigracyjnych losach Polaków. Będąc w Gdyni nie można nie odwiedzić tego miejsca, chociaż wycieczka nie będzie krótka. Pamiętacie przejmujący Pomnik Wysiedlonych z początku ulicy Starowiejskiej? Był bardzo wymowny, lecz dosyć statyczny. W Muzeum postacie przemawiają – własnym głosem, poprzez nagrane relacje, za pomocą pamiętników, zdjęć i przedmiotów, ach i jest jeszcze audio przewodnik. Na terenie Muzeum znajduje się też kawiarenko – restauracja, w której możecie wypić kawę lub herbatę i zjeść pożywny lunch wpatrując się w odległy, morski horyzont.

DSC06333

Koniecznie wybierzcie się też na spacer brzegiem Bałtyku – poczujcie piasek pod stopami i zimną wodę, przekomarzajcie się z mewami i podziwiajcie klif w Orłowie – jeden z najstarszych w Polsce rezerwatów przyrody. Klif ma ok. 60 m i zmienia się po każdym sztormie. W lato możecie też załapać się na przedstawienie Teatru Miejskiego, który właśnie w Orłowie rozkłada swoją letnią scenę.

Wycieczkę kończymy z gigantycznym niedosytem Gdyni i lekkim zawrotem głowy spowodowanym ogromem wrażeń, na dworcu głównym w Gdyni, czekając na powrotną SKM-kę do Gdańska.

DSC06324

Spodobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

Polowanie na krokusy w Dolinie Chochołowskiej

Przyznają się bez bicia! Uległam krokusowej manii! I zaraziłam nią całą rodzinę, zmuszając ich do wyczekiwania od miesięcy na dany sygnał. Bo przecież natura to natura i nie można jej przewidzieć w 100%, dlatego też data krokusowej wyprawy była nieznana do ostatnich chwil. No dobra mniej więcej były pewne typy. Najbardziej chciałam jechać w tygodniu żeby uniknąć tłoku, ale zgranie 3 pracujących osób i jednej studiującej nie jest łatwe, dlatego ostatecznie wypalił weekend. W tym roku zgrały się dwa elementy: „Weekend Polska za pół ceny”  z weekendem krokusowym w Dolinie Chochołowskiej. Ponieważ wyjazd w Tatry, a w zasadzie wyjazd w każde góry jest zawsze genialnym pomysłem, to spakowaliśmy się i w drogę. No dobra nie było tak różowo – dałam znać o 15, że o 24 wyjeżdżamy na krokusy. Na początku pomyślałam, że może byśmy wyjechali około 5-tej, ale przytomnie Tata uznał, że to zdecydowanie za późno. Wyjechaliśmy 24:11, na miejscu, tj. na parkingu „przed szlabanem” (cena 10 zł) byliśmy chwilę po 5:30. Szybkie przebranie się w odpowiednie ubrania (górskie buty, spodnie, polar, obowiązkowa kurtka, czapka i rękawiczki – bez nich chybabym zamarzła. Już o tej godzinie parking nie był pusty, byliśmy chyba 10 lub 15 samochodem. Reszta stała już zaparowana, znak, że ich właściciele wyszli już jakiś czas temu, a następne cały czas przybywały.
2a
Tuż przed szóstą rano słońce jeszcze nie wstało, dopiero ledwo wyłaniało się za gór, które były za naszymi plecami więc śmiałam się, że niesiemy krokusom światłość. Pierwsze krokusy zaczynają się pojawiać już tuż za sławnym szlabanem (wejście do TPN 5 zł normalny, 2,50 zł ulgowy). W zasadzie krokusy rosną też na parkingach – tych stworzonych z łąk, na naszym było błoto, a nie krokusy. Udało nam się, nie staliśmy w kolejce, mogłam sobie spokojnie pokonwersować z Panem sprzedającym bilety, przybić obowiązkową pieczątkę do zeszytu, a na szlaku z innymi „spacerowiczami” tudzież „turystami”. Stroje i ekwipunek tych porannych wędrowców był w zasadzie górski (dopasowany do warunków geograficznych i pogodowych) – mieli górskie buty, niektórzy mieli kijki, część miało nawet raki i czekany. Większość miała kurtki przeciwdeszczowe, czapki i rękawiczki. Wszyscy natomiast mieli aparaty.
3a
Dolina Chochołowska, jak całe Tatry, jest po prostu przepiękna, a bez tłumu ludzi, wśród wręcz ogłuszającego śpiewu ptaków oraz przy wschodzie słońca wygląda obłędnie. Na główną atrakcję, czyli Polanę Chochołowską dotarliśmy tuż po ósmej, krokusy jeszcze spały, były zamknięte, a dookoła nich skrzył się szron. Do schroniska dojść można dwoma drogami – dołem, koło drewnianych chatek oraz górą koło kaplicy. Poszliśmy górą, gdyż tam są ławki, na których można usiąść, odwrócić twarz do słońca i po prostu napawać się tą chwilą. Powoli, wraz ze wschodem słońca, krokusy zaczynały się otwierać, ukazując swoje fioletowe piękno. Na tą chwilę warto było czekać i trochę się pomęczyć (2 godziny marszu, łagodnym – zielonym – szlakiem). Był to naprawdę niezwykły spektakl, w niezwykłych okolicznościach przyrody – na dole fioletowe krokusy, na górze ośnieżone szczyty.
4a
Jednakże było trochę zimno, więc udaliśmy się do schroniska na herbatę i coś pysznego. O ósmej rano nie podają jeszcze pomidorowej, ale za to zjedliśmy jajecznicę i „przysmak z Chochołowskiej”, czyli szarlotkę z bitą śmietaną i sosem jagodowym. Dużo cukru z samego rana robi „dobrze”;). Wyglądało przepięknie, ale okazało się wielkim rozczarowaniem – gdyż zarówno szarlotka, jak i sos były zimne. Sytuację uratowała na szczęście gorąca herbata w szklance z cytryną i późniejsze, domowe, kanapki. Kiedy my rozkoszowaliśmy się jedzeniem i widokami, na parkingach i szlakach zaczynało robić się coraz tłoczniej. Szczerze mówiąc bardzo żałują, że nie udało nam się pójść na dłuższą wycieczkę, w góry. Pogoda była przepiękna, stąd 2 stopień zagrożenia lawinowego, a my nie byliśmy przygotowani – ani sprzętu, ani kondycji. Ostatni rzut oka na Dolinę, łyk herbaty z termosu i trzeba wracać.
5a
Gdy my zaczęliśmy wracać, dziki tłum napierał coraz bardziej. Wiedziałam, że tak będzie. I są sytuację, w których lubię gdy jest dużo ludzi – na przykład na zakupach w supermarkecie przed Świętami Bożego Narodzenia – ten obłęd w oczach! Ale muszę przyznać, że to mnie przerosło. Ilość tych ludzi – ponoć było ich 25 tysięcy, a w cały weekend aż 67 tys.! Szczerze mówiąc, myślę, że jest to chyba niemożliwe… Ta polana nie jest aż tak duża, schronisko też nie… W każdym razie jakoś udało nam się dostać do samochodu – i tu pojawił się kolejny problem związany z „dzikim tłumem”. Otóż nasz parking był pierwszy od strony budki, co oznacza, że ostatni do wyjazdu. Nie, nie chodzi o to, że staliśmy w korku samochodów, ale o to, że ludzie stali w kolejce do kasy. A jak to ludzie w kolejce – stali w rzędach po 8 osób zajmując całą szerokość drogi i mając generalnie głęboko w poważaniu to, że my chcemy wyjechać. Oni tu stoją i nawet o milimetr się nie przesuną, a jak ich „uderzymy” czy cokolwiek się odezwiemy wezmą i nas zlinczują.
7a
Na szczęście cało dotarliśmy do Zakopanego, zaparkowaliśmy na kolejnym parkingu – bez problemu znaleźliśmy miejsce – poszliśmy na Krupówki i tu kolejne zaskoczenie – pustki! Można swobodnie przejść, w knajpkach i restauracjach pustki, straganów prawie brak (ale to akurat może być spowodowane tym, iż Krupówki zostały parkiem kulturowym). Zwiedziliśmy oczywiście całą ulicę wzdłuż i wszerz, zatrzymując się przy każdej prawie budce z oscypkami lub oscypkopodobnymi wyrobami, dotarliśmy aż pod Gubałówkę, a następnie udaliśmy się na obiad – były pstrągi w mojej ulubionej restauracji w Zakopanem (bardzo przepraszam nazwy nie pamiętam, na dole Krupówek, przechodzi się przez mostek i podają tam głównie pstrągi). Na koniec, już wracając do domu, zrobiliśmy jeszcze przystanek w basenach termalnych w Białce Tatrzańskiej. Zdecydowanie bardziej polecam Białkę, niż Bukowinę, w chochołowskich termach nie byłam. Dlaczego Białka? Bo jest cieplejsza woda, większa strefa rekreacyjna i porównywalna strefa zabawy. A przy okazji, co za widoki! Człowiek wyleguje się na dworze (ewentualnie „polu”) w ciepłej wodzie, masują go bąbelki i może oglądać ośnieżone szczyty samiuśkich Tater. Dla mnie to idealne zwieńczenie dnia. Droga do domu nie była już tak łatwa i przyjemna, jak w drugą stronę. Wpadliśmy w korki w Myślenicach, a na zwężeniu przed Kielcami był wypadek. Ostatecznie do domu wróciliśmy o 23:38, czyli cała wycieczka potrwała niecałe 24 godziny. Było trochę męcząco, ale na pewno warto! Krokusową wyprawę, może nie tak ekstremalną, jak nasza, polecam każdemu! Pamiętajcie tylko o „kodeksie miłośnika krokusów” nie tylko na terenie Parku, ale też w innych miejscach.
8a
Podobał Ci się wpis? Masz uwagi, własne spostrzeżenia lub dodatkowe pytania? Jeśli tak, to proszę zostaw komentarz pod tym postem lub napisz do mnie wiadomość! To bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a i Instagrama (nick: Lemur Podróżnik!)

Share week 2017

Shere week 2017

O co chodzi?

Pomysłodawcą całego tego zamieszania jest Andrzej Tucholski – nestor polskiej blogosfery. O czymś takim, jak Share Week słyszałam już wcześniej. Ale jeśli nie ma się bloga to nie bierze się udziału. Dlaczego? A no dlatego, że jest to łańcuszek, w którym blogerzy polecają innych blogerów (youtuberzy – youtuberów, a podcasterzy – podcasterów). Ale nie znajomych, chociaż też tak czasami wychodzi, ale tych, których czytają, oglądają czy słuchają – tak dla siebie, nie z przymusu czy dlatego,  że „wypada”.  Ideą jest promocja twórczości internetowej, ale nie chodzi  o polecanie tzw. gigantów, którzy już mają ogromne zasięgi, są rozpoznawalni, zgarniają nagrody i uczą innych „jak to się robi”. Chodzi o polecanie raczej mniej znanych, ale równie wartościowych miejsc. W końcu Internety są ogromne i jest w czym wybierać.

Wcześniej bloga nie miałam więc byłam „odcięta” niejako od zabawy, ale już mam! A jak mam to mogę brać udział! Więc teraz siedzę sobie przed komputerem, popijając herbatkę i dzielę się z wami trzema blogami, które staram się odwiedzać w miarę regularnie. Brak lub mała regularność nie wynika oczywiście z lenistwa, a raczej z niezorganizowania. Oczywiście czytam i zaglądam do dużo większej ilości miejsc, w tym blogów, podcastów i kanałów na youtube, jednak zasady Share week są żelazne: trzeba wybrać trzy blogi i już. Dlatego też bardzo przepraszam innych, których tutaj nie wymieniłam – nie zapominam o was i dalej będę was odwiedzać!

Dlaczego warto polecać?

Nie od dziś wiadomo, że początki są trudne. Siedzi sobie człowiek i dłubie. Nie chodzi mi tylko o pisanie bloga, ale też o inne aktywności. Powolutku, mozolnie wyrabiamy w sobie samodyscyplinę do działania – obojętnie czy piszemy pracę magisterką (wiem, co mówię napisałam dwie!) czy zaczynamy tańczyć zumbę (nie, dzisiaj nie, bo pada). I oczywiście w miarę pokonywania kolejnych stopni trudności i wtajemniczenia pragniemy, aby ktoś zauważył to, co robimy. Szczególnie jeśli robimy to dobrze! Dlatego też tak ważne są tego typu akcje – dzielimy się tym co dobre, jednocześnie wspierając siebie nawzajem i motywując do dalszej pracy. Znacie może książkę albo film „Julie & Julia”? Główna bohaterka, Julie Powell ma przytłaczającą pracę, mieszka w nieciekawej dzielnicy, do której musi długo dojeżdżać i pewnego dnia wpada na pomysł założenia bloga. Blog jest o tematyce kulinarnej – autorka na podstawie książki Juli Child Mastering the Art of French Cooking – gotuje, to znaczy realizuje codziennie jeden przepis z książki. W sumie jest ich 524, a wyznaczony dedline to 365 dni. Na początku nie idzie jej najlepiej, a jej jedynym czytelnikiem jest jej mama, która notabene nie pochwala jej poczynań. Jednak z czasem dziewczyna się rozwija, a na końcu, dzięki ciężkiej pracy i wytrwałości, udaje jej się zdobyć to, co sobie założyła. Moim zdaniem jest to kwintesencja pracy nad czymś, co stanowi nasze hobby i pasję – dużo determinacji i dużo pracy. Dlatego właśnie wsparcie jest niezbędne!

Aneta nie Zając

Autorka bloga ma na imię Aneta i odkąd tylko „odkryłam” jej stronę zaglądam tam regularnie. No może przesadziłam, bardziej regularnie zaglądam na jej fanpage niż na bloga. Pojawiają się tam często bardzo długie posty z historiami, które często przytrafiają się i mnie. Poza tym Aneta jest z Krakowa – sentyment mam ogromny do tego miejsca. Wpadnijcie do Anety i nie przejmujcie się krwiożerczymi, białymi królikami – one po prostu takie są i już! Należy to zaakceptować i przyzwyczaić się do tego. Poza tym, Aneta też ludzi czekoladę i podróże:)!

aneta nie zając

Powyższe zdjęcie pochodzi z bloga http://www.anetaniezajac.pl

Zaparzę Ci herbatę

Dużo jogi, dużo książek i dużo herbaty – tak w skrócie jest u Kingi. Znajdziecie tam sporo porad i pomysłów na spędzenie wolnego czasu, spotkań z przyjaciółmi czy randki z ukochanym. Do tego duża dawka ładnych zdjęć i motywacji do działania.

 

zaparzę ci herbatę

Powyższe zdjęcie pochodzi z bloga zaprzeciherbate.pl

Pierwsza Dama Polskiej Blogosfery

Zanim zaczęłam czytać, najpierw zauroczył mnie tytuł bloga- Pierwsza Dama Polskiej Blogosfery. Trzeba mieć dużo odwagi i mocną samoocenę, by tak właśnie nazwać swój blog. Ja tak nie mam, ale trzymam kciuki za dalszy rozwój tej przestrzeni. W skrócie PDPB to miejsce, gdzie rządzi Ela i lifestyle w jej wydaniu. Mnóstwo spraw męsko – żeńskich, przy okazji trochę porad podróżniczych i życiowych oraz dawka instersujących opinii i przemyśleń. Dużo dobrej energii i dużo śmiechu. Z niektórymi opiniami Eli się nie zgadzam, ale nie wszyscy są jednakowi i różne opinie są bardzo dobre.

1

Powyższe zdjęcie pochodzi z bloga pierwszadama.com

Podobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

 

Suwalskie wioski bajek

DSC06491

Większość z nas czasy dzieciństwa ma dawno za sobą, nie przeszkadza to jednak, by raz na jakiś czas wrócić do nich i znów poczuć się jak małe dziecko. W zasadzie chodzi mi o powrót do dziecięcej ciekawości świata, odkrywania nowości i zamiłowania do tajemnic. Moim zdaniem cechy te powinniśmy pielęgnować w sobie przez całe życie. W związku z tym chciałabym was znowu zaprosić do polskiej krainy bajek i baśni, czyli na Suwalszczyznę, a w zasadzie do Suwalskich Wiosek Bajek.

DSC06510

Jest ich 7 i porozrzucane są po całej Suwalszczyźnie. Ogromnym plusem takiej sytuacji jest przede wszystkim to, że odwiedzając wszystkie wioski jednocześnie odwiedzamy całą Suwalszczyznę. Możemy zatem skosztować jej przepięknych krajobrazów, smakołyków i poznać jej historię. By odwiedzić wszystkie wioski potrzebne są 3 dni – w przypadku gdy goni nas czas, a my chcemy zobaczyć wszystkie. Przy większej czasowej swobodzie można zwiedzać jedną przez 1 dzień, wtedy wychodzi tydzień. Jednak najbardziej „ekonomiczną” opcją jest podzielenie ich na trzy grupy: grupa I: Rutka Tartak (najbardziej wysunięta na północ); grupa II: Suwałki, Bakałarzewo (najbardziej wysunięta na wschód), Nowa Wieś, Puńsk i Sejny; grupa III to Kopiec – z nią miałam największy problem, gdyż jest wysunięta najbardziej na południe, w zasadzie na obrzeżach Suwalszczyzny, tuż na skraju Puszczy Augustowskiej, niedaleko Augustowa.

DSC06482

Wszystkie wioski zbudowane są na tej samej zasadzie – mają opowiadać historię miejsca lub najbliższej okolicy, w której się znajdują, jednocześnie edukują i bawią. Przewodnikami po wszystkich są postacie z książki Marii Konopnickiej „O krasnoludkach i Sierotce Marysi”. Znajomość baśni mile widziana, aczkolwiek niewymagana.  Krasnoludki są wszędzie – na mapie z zaznaczonymi wszystkimi wioskami, którą otrzymujemy na początek, na kartonowych, składanych teczuszkach, które otrzymujemy w każdej wiosce: jest na nich mapa, z zaznaczonymi wioskami, na której po wykonaniu zadań dostajemy stempelek w kolorze wioski, w której jesteśmy. Ponadto każdy wędrowiec otrzymuje kartę zadań, a po ich wykonaniu również dyplom i dodatkowe gadżety, jak np. zakładki z postaciami. Ponadto możemy sobie dokupić przypinkę z krasnalem i nazwą wioski – każda wioska ma swoją.  Większość wiosek jest niewielkich rozmiarów, ale nie oznacza to, że wyprawa do nich będzie krótka. Wszystko zależy od sprawności, spostrzegawczości, czujności, wiedzy delikwenta, a także samozaparcia i samodyscypliny w wykonywaniu wszystkich zadań. Poziom zaawansowania wiosek i zadań jest zróżnicowany, ich tematyka w zasadzie też, ale wszystkie oczywiście nawiązują do baśni. Na przykład w Suwałkach zapoznamy się najdogłębniej z postacią i twórczością Konopnickiej, w Puńsku nauczymy się trochę o językach, w Sejnach wyruszymy tropem wielokulturowości i wielojęzyczności małych uliczek pełnych kramów i kramików, natomiast w Kopcu, podążając śladem Malinowych Dziewczynek i Jagodowych Chłopców, odkryjemy sekrety przyrody.

DSC06559

Kilka informacji praktycznych: przed wyruszeniem na szlak, sprawdźcie – najlepiej w Internecie lub zadzwońcie – jak są czynne wioski. Zazwyczaj opiekuje się nimi instytucja w stylu publicznej biblioteki, domu kultury lub gospodarstwa agroturystycznego. Ja tego nie sprawdziłam dokładnie i później biegałam z rozwianym włosem po Rutce –Tartaku w celu znalezienia osoby, która zajmuje się wioską. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że wg rozpiski powinna być otwarta. Nie przewidziałam jednak faktu, iż sierpień jest miesiącem imprez i że akurat na gminnym boisku zaraz zacznie się koncert jakiegoś zespołu disco polo… Drugą sytuację miałam w Sejnach, gdzie opóźniłam Pani wizytę u fryzjera przed ważną imprezą… Ostatecznie wszystko skończyło się polubownie – wioski odwiedzone, zadania wykonane, dyplomy sąJ! Na pewno jeszcze nieraz wrócę na Suwalszczyznę, czy do wiosek bajek? Na pewno nie wszystkich, ale do Sejn i Puńska na pewno.

Suwalszczyznę można zwiedzać na wiele sposobów. Jednym z nich mogą być też wioski bajek.

DSC09466

Podobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

Na końcu są Suwałki

Tam, gdzie kruki zawracają

Wschód naszego pięknego kraju, tzw. Polska B, czyli zaniedbany, tajemniczy i niedostępny Wschód (kojarzony głównie z Podlasiem) nie cieszy się zbyt dużą sympatią. Myśląc o Suwałkach mamy z tyłu głowy:

  • że daleko,
  • że zimno,
  • że nudno,
  • że nic tam nie ma.

A to nieprawda! Kruki i wrony nie zawracają na granicy! Do tego jest tu malowniczo, tajemniczo, bajkowo i przede wszystkim smacznie! W tym poście Lemur chciałby Was zabrać do stolicy dawnego województwa suwalskiego, czyli do Suwałk! Na pewno istnieje mnóstwo innych powodów, dla których warto odwiedzić Suwałki. Jednakże Lemur zaprasza was do Suwałk z dwóch powodów: Konopnickiej i skrzydełek miodowo-musztardowych.

DSC06526

Centrum wszechświata

W Suwałkach byłam już kilkukrotnie. Po raz pierwszy widziałam je w moich wczesnych latach studenckich z okien autokaru jadącego do Sejn. Po raz kolejny trafiłam do nich kilka lat temu podczas wakacji z Lemurem, zwiedzając północne Podlasie. Ostatnim razem w Suwałkach byłam w sierpniu. Jechałam samochodem, chyba prosto z Gdańska i żeby nie czuć zmęczenia i znużenia podróżą myślałam o skrzydełkach.

IMG_1780

Niegdysiejsze miasto wojewódzkie, dzisiaj również, może nie powala swoim majestatem w skali całego kraju, ale w skali północno – podlaskiej robi już wrażenie. Szczególnie, jeśli jedzie się do niego samochodem, przez pola i wsie. Gdy wjeżdża się do Suwałk i pojawia się cywilizacja – światła uliczne, ronda, szerokie ulice i chodniki, a nawet bloki! Jeden z głównych placów miejskich skąpany jest w zieleni otoczonej bardzo ładnymi, odremontowanymi kamienicami w stylu eklektycznym i klasycystycznym. Sprawia wrażenie dostojnego, a jednocześnie spokojnego i łagodnego. Okoliczne drogi są utrzymane w stanie nadspodziewanie dobrym, żeby nie powiedzieć prawie perfekcyjnym w porównaniu ze średnią krajową. Sklepy otwierane są o ludzki porach i o takich też zamykane, ma to swoje plusy i minusy. Ogólnie Centrum Suwałk zachwyca, obrzeża już trochę mniej, ale zwiedzałam je jakoś tak albo jak było ciemno, albo jak padło… No nie wychodziło to za bardzo. Jednakże biorąc pod uwagę położenie Suwałk, można by wysnuć wniosek, iż są Centrum lokalnego wszechświata i niewiele utraciły swojego wojewódzkiego charakteru po zlikwidowaniu rzeczonego województwa.

DSC06412

Skrzydełka, które śnią się po nocach

Do najlepszych miejsc pod względem jedzenia Lemur trafia przypadkowo. Tak samo było w Suwałkach. Suwałki mają całkiem rozbudowaną ofertę gastronomiczną, więc z tym problemów nie miał. Większe problemy były ze znalezieniem wolnego stolika. Akurat jakoś tak zazwyczaj wychodzi, że Lemur głodny jest najbardziej w porze obiadowo – kolacyjnej, wtedy gdy całe miasto ma podobne potrzeby. Miejsce, do którego chce was zaprosić, nie jest typową restauracją. W zasadzie bardziej przypomina bar, w którym spotykają się kumple na piwie, niż restaurację, do której chodzi się na romantyczną kolację. Prawdopodobnie takie też było jego założenie: bardziej jako bar piwny – miejsce spotkań okolicznej ludności, niż restauracja regionalna obsługująca ruch turystyczny. Jednakże podawane tam potrawy są nieziemskie, choć zdecydowanie nie należą do dietetycznych. Ale zastrzegam! Gdy raz spróbujecie skrzydełek, nie będziecie mogli o nich zapomnieć! Jak dla mnie porcja była dla dwóch osób, do tego frytki (nie były tłuste i nie ociekały olejem, ale były chrupiące i sprężyste) plus surówka.  Skrzydełka, uprzednio porządnie zamarynowane, były dobrze upieczone. Lepiły się do palców i zostawiały ostro-słodkawy posmak. W zasadzie same skrzydełka by wystarczyły, dodatki były zbędne. Wielkość dania sprawiła, że w 1/3 porcji Lemur wymiękł i zostały na śniadanie. Na Suwalszczyźnie jest co zwiedzać, więc dobre i pożywne śniadanie wydaje się elementem obowiązkowym i koniecznym!

DSC06527

Suwałki jak z bajki!

Nasz kraj jest miejscem wyjątkowym. Mieści w sobie wszystko, czego dusza zapragnie: góry, morze, doliny, jeziora. W zasadzie można tu uprawiać każdy rodzaj aktywności. Nie dziwi więc fakt, że artyści różnych profesji też go sobie upodobali. Suwalszczyznę upodobał sobie m in. Adam Wajda, ale literaci też tutaj zaglądali. Jako kraina tajemnic i baśni zasłynęła za sprawą, urodzonej w Suwałkach, Marii Konopnickiej. Tak, właśnie! Krasnoludki są na świecie, a kto nie wierzy powinien przede wszystkim odwiedzić Suwałki, a następnie wyruszyć krasnoludkowym szlakiem po całej Suwalszczyźnie. W Suwałkach Konopnicka jest obecna całkiem wyraźnie: jest jej ulica, plac miejski (dawny plac targowy), są pomniki – naliczyłam trzy, lecz możliwe, że gdzieś ukryło się więcej, w końcu jest rzecz najważniejsza – Muzeum im. Marii Konopnickiej (znajdujące się na ulicy Kościuszki). Przed muzeum stoi pierwszy pomnik pisarki. Zrobiony w formie ławki, można więc przysiąść na chwilę koło autorki i pomyśleć o krasnoludkach, trollach i innych fantastycznych stworach. Tylko uważajcie – czasami ławka jest mokra, a jak ktoś tego nie zauważy, to potem są problemy… Drugi pomnik znajduje się w muzealnym ogrodzie, tam Konopnicka jest wyprostowana i surowa, otacza opieką dziecko, które stoi obok niej. Ten pomnik zdecydowanie trochę onieśmiela swoim majestatem. Ale przecież stoi w Muzeum! W ogrodzie, co prawda, ale miejscówka zobowiązuje. Podobny pomnik znajdziemy też na placu, tam jednak towarzyszą Marii jeszcze Koszałek z Opałkiem, więc nie wydaje się taka surowa. Gdy odwiedzicie już Muzeum i dowiecie się, dlaczego tyle Konopnickiej w Suwałkach i w ogóle o co chodzi z tymi Suwałkami i krasnalami, wyruszcie na dalsze poszukiwania! W mieście istnieje krasnoludkowy szlak – podobnie, jak we Wrocławiu – z tym, że suwalskie krasnoludki nawiązują stricte do twórczości Konopnickiej, stąd też ich ograniczona liczba. Jest jeszcze jeden element baśniowy w Suwałkach, we wspomnianym już wyżej, muzealnym ogrodzie, zorganizowano jedną z wiosek bajek, które rozsiane są po całej Suwalszczyźnie. O nich jednak przeczytacie tutaj.

DSC06522

Jest wiele powodów, by wsiąść w autobus lub samochód i wyruszyć na północny – wschód naszego kraju! O innych ciekawych miejscach Suwalszczyzny możecie przeczytać tutaj. I koniecznie dajcie znać, jak wam się podobało!

 

Spodobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry bardzo dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

Top 10 krakowskich „atrakcji”

Jak już zapewne wiecie (np. z Podsumowania roku 2016), Lemur po dwóch latach wyprowadził się z Krakowa. Wrócił do macierzy i na łono rodziny. Jednakże, muszę się przyznać, iż troszeczkę tęsknię za Grodem Kraka. I nie jest prawdą, że będąc z Warszawy nie lubi się Krakowa i odwrotnie, do każdego z miejsc można mieć sentyment i znaleźć w nim ulubione miejsca. Lemur szczególnie tęskni za biało – niebieskimi tramwajami i obwarzankami na śniadanie. Trochę mniej za wszędobylskimi gołębiami, z którymi miał nieprzyjemne spotkania „trzeciego stopnia” i smogiem, który w zasadzie jest tak samo, jak gołębie wszędobylski. Nawet zdążyłam przyzwyczaić się do „wychodzenia na pole”. Z tęsknoty za ulubionymi miejscami powstała niniejsza lista miejsc i atrakcji z nimi związanych, które koniecznie trzeba odwiedzić będąc w Krakowie!

wp_20160517_007

  • Zalew Nowohucki

Opowiadałam wam na lemurowym facebooku o tramwajowej przygodzie Lemura związanej z rozgraniczeniem między Krakowem, a Nową Hutą. I szczerze, po dwóch latach mieszkania na NH, zaczęłam podobnie reagować: „Gdzie jedziesz?” „Do Krakowa” pada odpowiedź, chociaż tak naprawdę powinno być do „centrum”. Nowa Huta jest specyficznym miejscem. Posiada swój urokliwy klimat. Aleja Róż i osiedle Centrum z literkami. Jednak moim ulubionym miejscem od pewnego czasu stał się Zalew Nowohucki, do którego można dojechać autobusem, tramwajem lub przejść spacerkiem z Ronda Kocmyrzowskiego im. Księdza Gorzelanego (mojego krakowskiego przystanku). Centralnym punktem parku jest sztuczny zbiornik wodny, stąd potencjalnie duża liczba komarów. Można tam też spotkać nietoperze!

  • Piwnica pod Baranami

Wciśnięte w jedno z podwórek przy krakowskim rynku, jak przystało na „piwnicę”. By dotrzeć do niej trzeba zejść schodkami w dół, przez co panuje tam specyficzny półmrok i zazwyczaj telefony komórkowe nie mają zasięgu. Idealne miejsce na wieczorne spotkanie ze znajomymi przy gorącej czekoladzie lub gruszkowym cydrze, na prelekcję o podróżach albo na grę w szachy podczas przerwy w zajęciach.

2

  • Piknik lub spacer nad Wisłą

Każde miasto posiadające rzekę inaczej zagospodarowuje obszar wokół niej. Kraków zrobił to bezbłędnie – nie za dużo knajpek, budynków czy innych zagłuszaczy. Kto chce zjeść rybkę na łodzi ma taką okazję, kto chce popłynąć wodnym tramwajem do Tyńca też ma taką możliwość, a kto chce w spokoju pokontemplować widoki i płynącą wodę też ma taką szansę! Na ławce lub na kocu, w sezonie nad krakowską Wisłę lgną tłumy zarówno turystów, jak i tubylców. Jednakże, mimo dużego zainteresowania, można znaleźć ustronny kącik.

  • Kościół Mariacki i ołtarz Wita Stwosza

Może wam się wydawać, że zapraszam was na modlitwę, ale tak nie jest. Kto chce duchowego wsparcia Kościół Mariacki jest dobrym miejscem, ale miłośnicy zabytków i ciekawych historii też będą zadowoleni. Przede wszystkim dlatego, że Kościół Mariacki i jego wnętrze to wspaniały obiekt nie tylko sakralny, lecz przede wszystkim zabytek klasy zerowej. Ponadto kościół ma wieżę, na którą można wejść i podziwiać panoramę miasta. Jednak ja osobiście uwielbiam jego granatowy sufit pokryty złotymi gwiazdami.

mwp_20160315_010

  • Galerie malarstwa w Sukiennicach

Jak już jesteśmy na rynku to wstąpmy na dłuższą chwilę do centralnie położonego budynku – krakowskich Sukiennic, ale nie na zakupy, a do muzeum. Mało kto wie, nawet z rodowitych mieszkańców Krakowa, że nad „ekskluzywnym bazarem” są takie cuda! Galeria malarstwa polskiego XIX wieku to jeden z oddziałów Muzeum Narodowego w Krakowie. Do tych, co jeszcze nie są przekonani niech przemówią nazwiska: Matejko, Podkowiński, Malczewski, Gierymski, a to tylko kilka wybranych!

 

  • Impreza w Forum

W każdym mieście są miejsca owiane sławą. Takim miejscem w Krakowie jest dawny hotel Forum. Hotel został wybudowany, ale miał pecha. W międzyczasie, gdy hotel się budował zmieniły się przepisy i okazało się, że niestety nie spełnia on wymogów prawnych i z tego powodu nie mógł rozwinąć pełnych skrzydeł. Przez pewien czas stał jako nieużytek, aż w końcu otworzyło się w nim miejsce dla (w Warszawie byśmy powiedzieli, że hipsterów) ludzi: nie tylko młodych, studentów, ale też  Odbywają się w nim różne imprezy o wszelakiej i różnorodnej treści: można trafić na święto wina, można trafić na weekend młodych projektantów.

4

 

  • Kazimierz

W zasadzie cały, bo to bardzo klimatyczne miejsce. Jednak przede wszystkim proponuję wizytę na placu Wolnica, konkretnie w Muzeum Etnograficznym, można też usiąść na ławeczce pod wierzbą i karmić gołębie. Kolejnym punktem wycieczki może być Plac Nowy i zapiekanki z Okrąglaka, po drodze możecie posilić się też w Chederze (ul. Józefa) – gdzie poczujecie klimat dawnego Kazimierza i skosztujecie tradycyjnych żydowskich potraw. Koniecznie odwiedźcie też jedną z Synagog i cmentarz żydowski. A przede wszystkim to zagubcie się między uliczkami krakowskiego Kazimierza i odkryjcie magię „miasta w mieście”. Gdy zmarzniecie wpadnijcie na herbatę do Czajowni – polecam wspomnienie Bombaju (w zaułku, ul. Józefa).

  • Panorama Krakowa z kopców

Z jednego lub wszystkich w zależności ile macie czasu. Gdy traficie nad Zalew Nowohucki to Kopiec Wandy macie o rzut beretem. Panorama może nie jest zbyt zachwycająca, ale okolica może okazać się interesująca. Szczególnie warto odwiedzić go późną wiosną lub latem i dojechać do niego tramwajem. Kopiec znajduje się w pewnym oddaleniu od większej „cywilizacji”, jest to w zasadzie tylko jeden przystanek, ale jest to jedna z ładniejszych tras jakie widziałam. Tramwaj przebywa ten jeden przystanek w zielonym tunelu (dosłownie!), drugi taki można zobaczyć niedaleko metra Młociny w Warszawie. Jednakże ten krakowski jest bardziej urokliwy, gdyż ten warszawski ma jednak pełnię cywilizacji wokół siebie. Drugim kopcem jest Kopiec Kraka. Znajduje się na Podgórzu. Twórcy oraz cel jego powstania pozostają nieznani.  Dodatkowo kopiec Krakusa związany jest z obchodami Rękawki, czyli święta związanego dzisiaj z obchodami Wielkanocy, a pierwotnie nawiązującego do słowiańskiej tradycji wiosennych Dziadów. Trzecim kopcem jest kopiec Piłsudskiego – z którego moim zdaniem jest najlepsza panorama, a co więcej najatrakcyjniejsze dojście – możecie poczuć przedsmak Jury krakowsko – częstochowskiej. Jest to też największy ze wszystkich kopców, usypany na szczycie Sowińca. Niewątpliwą zaletą trzech wymienionych wyżej miejsc jest ich bezpłatność. Wejście na kopiec Kościuszki jest płatne, ale niejako w cenie dostajemy możliwość zwiedzenia muzeum, oprócz możliwości podziwiania panoramy. A poza tym możliwość obcowania z radiem RMF FM., które swoje budynki ma m. in. właśnie tutaj. Kopiec Kościuszki jest niewątpliwym symbolem polskości, zawiera w sobie ziemię z pól bitewnych, na których walczył Kościuszko, a jego budowa została sfinansowana ze zbiórki publicznej.

1

 

 

  • Seans w kinie Ars

Dla koneserów i dla tych, co chcieliby mieć chwilę odpoczynku od tego, co proponują wielkie multipleksy w centrach handlowych. Niewielkie sale i  niszowe filmy, co nie oznacza, że złe! Dla tych, co „kochają” zapach popcornu i nie mogą bez niego żyć – jest taka możliwość. Dla oszczędnych istnieje możliwość zniżki: wystarczy wstąpić na przykład do informacji turystycznej, gdzie jest stojak z różnymi karteczkami, dzięki którym można złapać kilka zniżek, m.in. na bilety do kina.

  • Spacer Plantami

Spacery po całym Krakowie są wyjątkowo urokliwe i niebanalne, bo co chwila jest się czym zachwycać, jednak pamiętajcie, że mogą być nieco szkodliwe dla zdrowia ze względu na smog. Sprawdzajcie alerty pogodowe i smogowe, a wtedy wszystko powinno pójść po waszej myśli. Planty to park okalający najbardziej urokliwe są na wiosnę, gdy drzewa i kwiaty zaczynają kwitnąć.

wp_20160518_002

 

 

*P.S. 1: Spełniam noworoczne postanowienia! Tekst powstał tuż przed zaśnięciem, już w łóżku. Został zapisany więc możecie go teraz przeczytać!

*P.S.2: Będąc w Krakowie możecie też trafić na dodatkowe „atrakcje”, jak: jarmark wielkanocny lub bożonarodzeniowy na Rynku, Konkurs Krakowskich Szopek Bożonarodzeniowych, Noc Synagog, Paradę Smoków lub Pochód Lajkonika.

*P.S. 3: Moich ulubionych miejsc w Krakowie jest znacznie więcej:)!

*P.S. 4: Dajcie znać jakie są wasze ulubione miejsca w Krakowie! Bardzo możliwe, że niektóre z nich będę mieć okazję odwiedzić już niedługo!

Podobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

Lemurowe podsumowanie 2016 roku

img_0162Ostatnie dni roku są dla mnie zawsze trudne. Z jednej strony cieszę się, że przychodzi nowe i że tyle się działo, ale z drugiej strony trochę smutno, no i wiecie to kolejny rok w metryce… Ostatnie dni roku są bardzo sentymentalne, gdyż jest to okres zazwyczaj sprzątania, a jak sprzątanie to odnajdywanie różnych starych rzeczy, które zostały schowane do szafki, bo mogą się kiedyś przydać, a o których się już zapomniało. Podziwiam osoby, które potrafią sprzątać bez sentymentalnego pochylania się nad każdym przedmiotem. Podczas sprzątania Lemur znajduje też stare listy celów i planów na dany rok. Wtedy to się dopiero zaczyna! Zapraszam was na małe podsumowanie mijającego lemurowego roku!

  1. W 2016 r. Lemur zyskał dwa nowe miejsca w wirtualnym świecie:) Jedno w mediach społecznościowych: konto na Instagramie oraz drugie w świecie blogowym! Tak dokładnie rok temu lemurowy blog powstał:) I od tamtego czasu przenosił się już trzykrotnie na różne platformy, by w końcu osiąść na spokojnych wodach. Nie martwcie się – więcej zmian nazwy i przenosin nie będzie! Przynajmniej na razie. Lemur zmienił również miejsce zamieszkania: z krainy Smok(g)a wrócił do krainy Zygmunta i Syrenki. Dwa lata spędził osamotniony w Krakowie, pozbawiony zmywarki i regularnych dostaw żywności uzupełnianych przez rodziców. Trochę zmężniał, trochę wydoroślał, a z tego osamotnienia zaczął pisać bloga. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Trochę smutno było opuszczać pokoik na Nowej Hucie, ale powrót na łono rodziny okazał się owocny w nowe wyzwania, więc nie mam czasu na rozmyślania.
  2. Zdobyłam kolejny tytuł naukowy! Tym razem zostałam magistrem relacji międzykulturowych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Co prawda moja praca magisterska dotyczyła jakże przyjemnego tematu baśni, jednak jej napisanie już nie było takie łatwe i przyjemne. Jednak godziny spędzone nad książkami w bibliotece i nieprzespane noce, podczas których poprawiałam przecinki przyniosły rezultaty.img_2455
  3. Odbyłam też kilka, a w zasadzie kilkadziesiąt, podróży. Między innymi: mniej więcej miesięczne sierpniowe wojaże po północno -wschodniej Polsce – samochodem, ale bez ustalonego, sztywnego planu. Początek w Smołdzińskim Lesie na skraju Słowińskiego Parku Krajobrazowego, koniec w Mielniku nad Bugiem. Drugim wyjazdem, o którym warto wspomnieć jest tygodniowy objazd po województwie świętokrzyskim – zawitałam do krainy literatów i czarownic. Odwiedziłam Starachowice i tamtejsze Muzeum Techniki, zjadłam kolację u zakonników oblatów ze Świętego Krzyża i odwiedziłam dom rodzinny Żeromskiego. W lipcowy weekend wybrałam się też na Święto Papieru do dolnośląskiego Muzeum Papieru w Dusznikach Zdroju.  Dwukrotnie odwiedziłam też Wrocław – pozdrowiłam krasnoludki i zjadłam pieczone gigant pierogi z czekoladą!img_3489
  4. Największym zaskoczeniem okazały się dla Lemura Kielce pod względem instytucji i inicjatyw o charakterze kulturalnym i Gdynia pod względem wszelakim. W zasadzie Lemur musi się przyznać, że Kielc w ogóle nie znał, a Gdynie… hymm ze słyszenia – no i pendolino tam dojeżdża. W tym roku mógł spędzić tam trochę czasu i okazało się, że są to bardzo ciekawe miejsca, które zasługują na uwagę. Dlatego jeśli wybieracie się w okolice Gdańska to koniecznie wstąpcie do Gdyni! A jeśli szukacie nowych kulturalnych miejsc: instytucji i muzeów to koniecznie wstąpcie do Kielc.dsc06309
  5. Najbardziej relaksującym wyjazdem okazał się rodzinny wypad we wrześniu do Krynicy Morskiej – all inclusive – zarówno w pogodzie (piękne słońce i upał!), jak i w jedzeniu. Niewątpliwym atutem były dodatkowe atrakcje w postaci bingo, porannej gimnastyki i wieczorków tanecznych. Było też rozwiązywanie krzyżówek i granie w rumikuba na plaży!img_0303
  6. Najbardziej stresującą sytuacją był oczywiście egzamin i obrona pracy magisterskiej, lecz jeśli chodzi o podróże to… był nim wyjazd i zjazd z malutkiego promu nad Bugiem w okolicach Mielnika – pierwszy samodzielny wjazd na prom własnym samochodem! A samochód nie jest duży, za to stres ogromny!dsc07514
  7. Najwięcej pysznego jedzenia było w Krynicy Morskiej, jednakże pod względem smaku zostanę wierna Suwalszczyźnie – skrzydełka miodowo – musztardowe, ser z czarnuszką i mrówkowiec! Niebo w gębie! Jeśli zastanawiacie się nad miejscem na urlop to polecam Suwalszczyznę! O jej atrakcjach możecie przeczytać tu.dsc06410
  8. Najbardziej wzruszająca chwila? Hymm dużo ich było, ale myślę, że 1 sierpnia spędzony w centrum Stolicy. Minuta zadumy, podczas której wszystko się zatrzymuje i słychać tylko dźwięki syren. A wieczorem koncert i „Warszawskie dzieci” odśpiewane przez kilkaset osób. Nie ma dla mnie większego znaczenia czy z historycznego punktu widzenia Powstanie Warszawskie miało czy nie miało sensu. Najważniejsze dla mnie jest to, że się odbyło, że zginęli ludzie, którym należy się cześć i chwała.bez-tytulu
  9. Bardzo zła chwila dla Lemura nastąpiła w Skansenie z Zubrzycy Górnej – otóż Lemur zaginął! Na szczęście za sprawą kilku pomocny ludzi i dodatkowej zachęty odnalazł się cały i zdrowy, jednak uraz do Orawy zostanie mu na zawsze.

 

2016 rok żegnam więc z lekkim żalem, jestem wdzięczna, że tyle dobrego mnie w nim spotkało i nieśmiało mam nadzieję, że 2017 będzie równie dobry jeśli tylko dopisze szczęście i jeśli na to zapracuję! A zamierzam pracować ciężko na każdą radosną chwilę!

Podzielcie się swoim podsumowaniem roku 2016 i planami na następny!

Podobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!