Słowiński Park Narodowy – 5 powodów, by tu dotrzeć!

Dzisiaj zdradzę wam sekret. Ujawnię tajemnice spokojnych wakacji nad polskim morzem. Wszyscy znamy obrazki, jak z horroru: dzikie tłumy ludzi idące bladym świtem zająć najlepsze miejscówki i odgrodzić „ich” kawałek plaży parawanami i namiotami, bo przecież wieje! Generalnie ludu, jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu, nie ma gdzie szpilki wsadzić, a co dopiero człowiek miałby się położyć! Do tego rozchodzące się co chwila okrzyki: „gorąca kukurydza, solony popcorn!”. Niektórym, tak jak mi, okrzyki te i przepychanki kojarzą się ze szczęśliwymi rodzinnymi wakacjami z dzieciństwa, ale w dorosłym życiu możemy chcieć jednak trochę więcej swobody i spokoju. Jest na to sposób. Nie, nie trzeba od razu wykupywać zagranicznych wczasów all inclusive. Są jeszcze w Polsce miejsca, gdzie spokojnie możecie wstawać późno, spokojnie przyjść na plażę i bez większych problemów znaleźć dogodne miejsce dla siebie. Takich miejsc jest całkiem sporo, i nie trzeba być Sherlockiem Holmesem żeby je znaleźć! Czasami wystarczy odejść kawałek od najbliższego zejścia na plażę. Ja jednak chciałabym wam dzisiaj opowiedzieć o miejscu absolutnie zachwycającym i magicznym nad polskim morzem, w których silny wiatr, a nawet deszcz nie jest w stanie popsuć nam humoru. Jest nim Słowiński Park Narodowy. Poniżej przedstawiam wam listę 5 powodów, dla których warto odwiedzić chociaż raz w życiu to miejsce! Jednakże gwarantuje wam, że jak raz tam zawitacie, będziecie często wracać.

6

  1. Cisza, spokój – żyjąc w dużym mieście, i nie mam tu na myśli tylko Warszawy, żyjemy w ciągłym pędzie, hałasie i stresie. Wyjeżdżając na wakacje do jednego z kurortów nic się nie zmienia. Ciągle pędzimy – żeby zobaczyć, jak najwięcej, zrobić, jak najwięcej zdjęć, odpocząć na zapas i natychmiast. Do tego jesteśmy bombardowani reklamami, kolorowymi stoiskami z pamiątkami i innymi „atrakcjami”. Jak więc w takich warunkach mamy odpocząć, zrelaksować się i odstresować?! By to uczynić potrzebujemy miejsca, w którym zapomnimy o tym, co zostawiliśmy w domu. Miejsca, które nastrajać będzie nas pozytywnie. Miejsca, które ukoi nasze nerwy. A co koi bardziej niż cisza, nieskrępowana przestrzeń, szum morskich fal i patrzenie w odległy horyzont?4
  2. Natura – są żuczki, trochę dzików, jelenie i sarny. Są zające i wilki. Niedźwiedzi raczej nie ma, ale po nie jak w dym w Bieszczady można. Są lasy mieszane, wrzosy, roślinność wydmowa. Wszystko wokół żyje, rośnie i ma się dobrze. A najważniejsze, że jest chronione, chociaż to akurat żadna pociecha mając na uwadze Puszczę Białowieską. W każdym razie tutaj jeszcze nikt nie znalazł żadnych szkodników, które uprawomocniłyby wycinkę drzew. Lasy są pełne grzybów, jagód i innych dobroci.3
  3. Powietrze– Kraków chyba najmocniej w naszym kraju wie, co to „złe powietrze”. Wiem i ja, gdyż mieszkałam tam przez całe 2 lata. Wiedzą i moi znajomi, inni alergicy, który uciekli z miasta królów właśnie przez powietrze. Ale smog to nie tylko problem Krakowa niestety… Dlatego jeśli masz problemy z oddychaniem, jeśli chcesz dać odpocząć swoim płucom, jeśli masz małe dzieci, które potrzebują dużo tlenu i dużo ruchu na świeżym powietrzu to nie zastanawiaj się! Piaszczyste i szerokie plaże dają miejsce do popisów, długich spacerów i budowy rzeźb i zamków.1
  4. Plaże – szerokie, piaszczyste, jasnożółte i bez tłoku? Brzmi jak opisy plaż na prywatnych wyspach? Otóż nie! Takie cuda zdarzają się i u nas! I to niecałą godzinę drogi od jednych z najbardziej zatłoczonych kurortów w naszym kraju!
  5. Krajobraz – często wyjeżdżamy z Polski w poszukiwaniu nie tylko niesamowitych atrakcji, ale też widoków zapierających dech w piersiach. I czasami robimy to niesłusznie. Wystarczy rozejrzeć się w prawo i w lewo, a wymarzony plener na pewno się znajdzie! Takich krajobrazów, jak w Słowińskim Parku Narodowym nie znajdziecie nigdzie indziej – bez względu czy szukacie gór, jezior, morza czy wystarczy wam las i wrzosowiska. Cała Polska w jednym miejscu!

2

Chciałabym zaznaczyć, że to tylko niektóre z argumentów, dla których warto pofatygować się aż tutaj! Jeśli te uwzględnione powyżej to dla was za mało, przeczytajcie o największych atrakcjach regionu.

 

Podobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!
Reklamy

Lemurowy konkurs

 

- 150

Kochani! Z okazji 160 polubienia lemurowego fb postanowiłam zorganizować konkurs! W konkursie do wygrania są 3 nagrody przypisane do 3 miejsc:

 

I miejsce – zdobywca tego miejsca otrzyma zestaw 3 gier idealnych na krótsze i dłuższe wyjazdy.

II miejsce – zdobywca tego miejsca otrzyma zestaw: książka pt. „Ucho na świat” autorstwa Katarzyny i Krzysztofa Świdraków, zakładkę do książki oraz torebkę herbaty, co by podczas lektury nie zaschło w gardle.

III miejsce – zdobywca tego miejsca otrzyma zestaw przydatny każdemu podróżnikowi: zeszyt, długopis i karteczki do zapisywania przemyśleń, zbierania pieczątek i zaznaczania ważnych fragmentów.

 

A oto konkursowe zadanie:

Należy opisać swoje ulubione miejsce w Polsce i krótko napisać czemu Lemur powinien je odwiedzić.

 

Liczy się kreatywność i dar przekonywania! Nagrody otrzymają osoby, których argumenty najgłębiej poruszą Lemura i resztę jury! Na zgłoszenia czekamy, od dziś, tj. 01.09.2017r. (piątek) do 06.09.2017r. (środa). Wyniki zostaną ogłoszone w piątek 08.09.2017r. Konkursowe zgłoszenia wpisujemy w komentarzu pod tym postem.

 

A oto regulamin:

Postanowienia ogólne:

  1. Organizatorem i koordynatorem konkursu jestem ja – właściciel Lemura Podróżnika – Joanna Pińkowska.
  2. Konkurs odbywa się na terenie Rzeczypospolitej Polskiej.
  3. Organizator informuje, że Konkurs nie jest organizowany z udziałem, ani też sponsorowany czy wspierany przez właściciela serwisu społecznościowego Facebook.com.
  4. Fundatorem nagród w Konkursie jestem ja – Joanna Pińkowska.
  5. Konkurs nie jest loterią, a nagrody nie będą losowane.
  6. Czas trwania konkursu: 01.09.2017r. (od godziny 18.00) – 06.09.2017r. (do godziny 24.00)
  7. Konkurs odbywa się na stronie internetowej: http://www.zlemuremprzezpolske.wordpress.com/lemurowykonkurs

Zasady uczestnictwa:

  1. Uczestnikiem lemurowego konkursu może być osoba pełnoletnia, która polubiła lemurowy fb.
  2. Uczestnictwo w Konkursie jest nieodpłatne.

Zasady zgłoszenia się do konkursu:

  1. Prawidłowe zgłoszenie do konkursu zawierać powinno odpowiedź na „konkursowe zadanie”, które należy umieścić w komentarzu pod tym postem. Można wysłać tylko jedno zgłoszenie.
  2. Prace Konkursowe powinny być wolne od wulgaryzmów i treści powszechnie uznanych za obraźliwe, a także od treści o charakterze pornograficznym lub mogących obrazić uczucia lub przekonania innych osób, bądź naruszających prawa osób trzecich (w tym w szczególności dóbr osobistych i praw autorskich).

Wyłonienie zwycięscy:

  1. Prace Konkursowe zostaną poddane weryfikacji komisji konkursowej składającej się z przedstawicieli Organizatora.
  2. Wygra najbardziej kreatywna i przekonująca wypowiedź.
  3. Ogłoszenie wyników nastąpi w dniu 11.09.2017r, również w komentarzu pod tym postem.
  4. Nagrody: I miejsce – zdobywca tego miejsca otrzyma zestaw 3 gier idealnych na krótsze i dłuższe wyjazdy; II miejsce – zdobywca tego miejsca otrzyma zestaw: książka pt. „Ucho na świat” autorstwa Katarzyny i Krzysztofa Świdraków, zakładkę do książki oraz torebkę herbaty, co by podczas lektury nie zaschło w gardle; III miejsce – zdobywca tego miejsca otrzyma zestaw przydatny każdemu podróżnikowi: zeszyt, długopis i karteczki do zapisywania przemyśleń, zbierania pieczątek i zaznaczania ważnych fragmentów.
  5. Nie ma możliwości wymiany nagrody na równowartość pieniężną, ani przenoszenia nagrody na kogoś innego.
  6. Nagroda zostanie przekazana zwycięzcom po wcześniejszym indywidualnym kontakcie.

Zasady końcowe:

  1. Rozpowszechnianie informacji o konkursie, zapraszanie znajomych, a także lajkowanie tego postu nie jest konieczne.
  2. Uczestnictwo w konkursie jest równorzędne z akceptacją powyższych zasad.

 

 

Podsumowanie miesiąca vol 2: Sierpień 2017

Sierpień był miesiącem mega! Naprawdę jest mi strasznie smutno, że już się żegnamy. I to nie tylko dlatego, że byłam na urlopie. W dorosłym, pracującym życiu, zmianie ulega nazewnictwo: wakacje zmieniają się na urlop, aczkolwiek nic nie przeszkadza, żeby urlop był wakacjami! Ale wracając do sierpnia… Trwał tylko 31 dni, a zdążyłam spełnić aż 3 marzenia!

Początek sierpnia spędziłam w Warszawie. Niestety w tym roku nie udało mi się być w Centrum podczas godziny „W”, ale na szczęście na Targówku też rocznica Powstania Warszawskiego była obchodzona – złożyliśmy kwiaty i zapiliśmy znicze pod pomnikiem Poległych,  a samochody i przechodnie zatrzymali się na minutę. Słyszałam, że Minutę Ciszy zorganizowali na plaży w Łebie warszawscy ratownicy WOPR.  A w zeszłym roku na plaży w Słowińskim Parku Narodowym natknęliśmy się na ułożoną z kamieni kotwicę. Cóż Centrum mnie ominęło, ale wspólnego śpiewania piosenek powstańczych nie ominęłam! Moje ulubione, i nie tylko moje, jak się okazało „Warszawskie Dzieci” odśpiewaliśmy kilkukrotnie. Z jednej strony było bardzo rodzinnie, z drugiej, zważając na miejsce, w którym odbywał się koncert, nostalgicznie i smutno. Gdybyście kiedyś trafili do Warszawy w dniu 1 sierpnia to wpadnijcie na Plac Marszałka Józefa Piłsudskiego, by wspólnie zaśpiewać (nie) zakazane piosenki.

2 (2)

W zeszłym miesiącu nabyłam BloBox – pierwsze pudełko dla blogerów stworzone przez Dagmarę Sobczak z bloga Socjopatka.pl. Pomysł z pudełkami jest prosty – kupujesz kota w worku. Niby jest pula rzeczy, które mogą trafić do twojego pudełka, ale wcale nie muszą. Ja kupiłam w ciemno, bez czytania co też się może znaleźć w moim egzemplarzu. Jak niespodzianka to pełna! I dobrze zrobiłam, bo później czytając  o tym, co mogłabym znaleźć – momentami było mi smutno, że dostałam coś innego. Ale to były małe momenty i w sumie jestem zadowolona z mojego pudełka i w przyszłości też chętnie je zakupię! Dlaczego o tym w sierpniu? A bo dopiero w sierpniu zaczęłam z niego korzystać! Wylosowałam audyt blogowy od Klaudii z BlogoMarki, sesje cochingową od Jadwigi z Laboratorium Zmieniacza i projekt wizytówki od Lidii Szwabowskiej – wyszło genialnie i już niedługo będę mieć lemurowe wizytówki!!!  Dostałam też książkę „Biblia copywritingu” nad zakupem, której zastanawiałam się jakiś czas temu. I w sumie dobrze, że dostałam ją w pakiecie, a nie osobno, bo jak zabrałam się do czytania to… chyba nie jest dla mnie. I kupując ją samodzielnie nie byłabym bardzo rozczarowana. Dostałam też kilka innych przedmiotów, w tym: notes, kilka notatników z listami to-do, a także dziwnego chłopka (to chyba ma być coś na kształt odstreswoującej piłeczki do ściskania).

Projekt bez tytułu (1)

W lipcu odwiedziłam południe, a w pierwszy sierpniowy piątek rozpoczęła się moja podróż na północ Polski. Pierwszy przystanek: Gdańsk – Oliwa. Niezmiennie od lat zadziwiają mnie gdańskie falowce i widok morza. Tyle ludzi, taka wysokość! I te galerie zewnętrzne! Gdańsk uwielbiam. Może wszystkich dzielnic, aż tak dokładnie nie poznałam, ale morski klimat Przymorza, twórczość umieszczona na blokach Zaspy, willowa Oliwa, niezmiennie fascynują mnie od lat. A mam możliwość dosyć częstego ich oglądania, dzięki uprzejmości gdańskiej części mojej rodziny. Jednak dobrze jest, jak się ma rozbudowaną rodzinę!

4

Tym razem nie było wypełnionego po brzegi planu na Gdańsk. Raczej postawiłam na swobodny relaks i „co będzie to będzie”. A co wyszło? O Panie! Nocny Sopot, opalanie się na plaży najstarszego w Polsce kąpieliska, spacer brzegiem zatoki z Gdańska do Sopotu, oglądanie zawodów Polish skimboarding open, oczywiście obowiązkowa wizyta w Barze Pod Rybą… i wiele innych atrakcji, o których przeczytasz tu. A jeśli wybierasz się w najbliższym czasie do Gdańska zajrzyj tutaj – po garść inspiracji na to, co warto odwiedzić i gdzie warto pójść. Jeśli w najbliższym czasie wybierasz się do Gdyni to również na lemurowym blogu znajdziesz przydatne informacje i miejsca warte odwiedzenia!

5

Środkowe dwa tygodnie sierpnia spędziłam na jednym z moich ulubionych pól namiotowych, w jednym z piękniejszym miejsc w Polsce, czyli w Słowińskim Parku Narodowym. Jest to miejsce magiczne, absolutnie przepiękne i fenomenalne. A przy tym cały czas mało znane i niezadeptane, chociaż położone między Łebą, a nie mniej obleganymi Rowami i Ustką. W malowniczych okolicznościach  przyrody między jeziorami Gardno i Łebsko ulokowali się dawnymi czasy Słowińcy, a następnie inni osadnicy. Fenomenu tego miejsca nie da się opowiedzieć w kilku zdaniach. Tam trzeba pojechać i zobaczyć na własne oczy! Przez dwa tygodnie codziennie rano jadłam świeżo upieczone jagodzianki ze świeżymi jagodami!  Spacerowałam leśnymi ścieżkami i wspinałam się na wydmy. Przy okazji spełniając marzenie – w tym roku ukończyłam polski odcinek Szlaku Latarń. Tak wiem, że można to zrobić w jeden miesiąc i to rowerem, ba! Można nawet w tydzień samochodem. Tylko po co? Przecież po drodze jest tyle pięknych miejsc do zobaczenia, tyle smakołyków do spróbowania i tyle muzeów do odwiedzenia! Cała relacja z przebiegu zdobywania latarń znajduje się tutaj.

8

6

Przy okazji pozdrawiam wszystkich fantastycznych ludzi spotkanych na plaży (szczególnie rodzinkę z Łodzi), na polu namiotowym (pozdrawiam rodzinkę podróżników – Kasię i Grześka z Anglii oraz dwie rodzinki ze Szczecina), a także wszystkich spotkanych na szlaku i w Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach.

7

Po powrocie z wakacji udało mi się spełnić jeszcze jedno marzenie – być na meczu reprezentacji Polski w siatkówce mężczyzn! A to dzięki temu, że pół roku temu udało mi się zdobyć bilety na ceremonię i mecz otwarcia Mistrzostw Europy Mężczyzn 2017! Cały stadion narodowy, gdzie kiedyś rodzice kupowali mi trampki i dresy do szkoły, 24 sierpnia stał na baczność i śpiewał „Mazurka Dąbrowskiego”. Niesamowite uczucie, aż miałam łzy w oczach! Niestety nasi chłopcy ulegli Serbii, ale w końcu to „-icie”… Trzy lata temu nam się udało, teraz oni byli górą. Mecz oczywiście obejrzę jeszcze raz w telewizji, bo bardziej skupiłam się na kibicowaniu niż na oglądaniu – tak jakoś wyszło. Mimo to było to niesamowite uczucie, dla mnie – widza, a co dopiero dla grających. W końcu siatkarze nieczęsto grają na tak dużych obiektach – podkreślają to zarówno sami siatkarze, jak i komentatorzy. Przy okazji w Warszawie odbył się tylko mecz otwarcia, pozostałe spotkania rozgrywane były w Szczecinie, Gdańsku, Krakowie i Katowicach.

WP_20170824_18_33_45_Pro

Ostatni weekend sierpnia spędziłam za to w towarzystwie rodziny na grillu – najadłam się kiełbasek, karkówek i ogórków małosolnych oraz mojego ulubionego grillowanego chleba z ketchupem. A następnego dnia wybraliśmy się na spływ kajakowy Bzurą. Mój pierwszy spływ w życiu! Miałam mnóstwo obaw i w związku z tym popełniłam kilka gaf, ale ani razu nie wypadłam z kajaka, (!), a ruch był, jak na Marszałkowskiej! Cała relacja jest tutaj.

9

Spodobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

Pierwszy raz na kajakach

Pewnie wiecie, jak to jest z tymi pierwszymi razami. Trochę strachu, trochę paniki, a najwięcej ciekawości. Tak też było z moim pierwszym wypadem na spływ kajakowy. A odbył się on niedawno, bo… trzy dni temu, w ostatni sierpniowy weekend. Możecie się dziwić, że w tym wieku jeszcze na kajaki nie trafiłam, ale… to nie tak, jak się wydaje! Na kajaki trafiłam… Podczas wystawy w Drohiczynie, w sklepie sportowym i raz jechałam samochodem, który wiózł kajaki. Ale żeby tak na wodę i Sup to nie bardzo… W tym roku więc był mój pierwszy, kajakowy, raz.

DSC00752

Oczywiście byłam kompletnym laikiem więc pytania w stylu „A w którą stronę płyniemy?” i „Jak się wchodzi do kajaka?” padały z moich ust dosyć często. Nie to żebym to tym jednym weekendzie była jakimś geniuszem. Ale pewne przemyślenia i raczy dla początkujących, w tym dla mnie samej, mam.

Po pierwsze wybierając się na kajaki przemyślcie o swoim stroju. Ja niby to zrobiłam – krótkie spodenki i bluzka na krótki rękaw. Zabrałam też bluzkę, oczywiście kompletnie jej nie zabezpieczając, więc, jak się domyślacie, po dopłynięciu do naszego celu była kompletnie mokra. Na szczęście jestem zmarzluchem więc w samochodzie miałam zapasową. Pomyślcie też o nakryciu głowy – mój śliczny kapelusz średnio się sprawdzał, szczególnie jak wiało, a że wiało przez większą część rejsu to słońce piekło mnie niemiłosiernie.  Jeśli już o słońcu mowa to zabierzcie ze sobą (i użyjcie (!)) kremu z filtrem UV. Przewidując możliwość kiepskiej pogody zabrałam też ze sobą kurtkę, na szczęście się nie przydała. Chociaż czasami ciemniejsze obłoczki nas postraszyły, a przez moment nawet kropiło. Kurtkę wykorzystałam jako poduszkę pod pupę. Kajaki wcale nie są takie wygodne – twarde, gibają się i woda wlewa się!

DSC00920

Po drugie przemyślcie też rzeczy, które zabieracie ze sobą. Elementem obowiązkowym wyposażenia jest dla mnie aparat. I do ostatniej chwili wahałam się czy zabrać lustrzankę czy kompakt. Ostatecznie wygrał mój różowy kompakt. Jednak lustrzanki byłoby mi bardzo żal w sytuacji kryzysowej i wywrotki, a taką sytuację spotkaliśmy po drodze. Na dosyć niewielkim moim zdaniem uskoku i spiętrzeniu wody wywróciły się dwa kajaki. Ja obserwowałam już efekt końcowy, czyli wyłowienie z wody wszystkich rzeczy, w tym aparatu fotograficznego. Reszta mojej ekipy zabrała ze sobą wodoodporne torby, do których wrzucili, co bardziej wartościowe przedmioty. Ja nawet o tym nie pomyślałam. Zabrałam mały plecak, do którego wrzuciłam aparat, bluzę, kurtkę, jedzenie, okulary przeciwsłoneczne, telefon komórkowy i zeszyt na zapiski. Jak się domyślacie zeszytu nie użyłam.

DSC00828

Po trzecie zabierzcie ze sobą jakieś jedzenie. Ja zabrałam małą butelkę wody i jednego batona, a woda wyciąga. Poza tym trochę trudno się je w kajaku. Dlatego bardzo dobrym pomysłem jest zabranie ze sobą kanapek, ciasteczek i herbaty oraz urządzenie pikniku, gdzieś na trasie. Mnie uratowały Dni Sochaczewa, które akurat odbywały się. Poza jedzeniem było przeciąganie liny i inne atrakcje. Na szczęście, po przybiciu do punktu docelowego, czyli Moto Przystani, z której wyruszyliśmy, można było zjeść pierogi i wypić herbatę w barze.

DSC00842

Dodatkowym plusem była sama rzeka – Bzura – nie jest ani głęboka, ani zbyt bystra, chociaż oczywiście momentami potrafi zaskoczyć. Jak w każdym przypadku, również w podczas, nie tylko pierwszej, ale każdej wyprawy kajakowej, należy zachować umiar i rozsądek. Nie porywajcie się z motyką na słońce i mierzcie swoje siły na zamiary! Nie wybierajcie najtrudniejszych tras, rwących rzek i ogromnych odległości, jeśli wasze umiejętności i sprawność fizyczna na to nie pozwalają. Moja wyprawa rozpoczęła się w Plecewicach, pod Sochaczewem, a właściwie stąd wypożyczyliśmy kajaki i tu był nasz cel.  Wyruszyliśmy z Kozłowa Szlacheckiego i po 22 kilometrach i 5 godzinach dotarliśmy do Moto-Przystani Plecewice. Ogólnie oceniam wyprawę jako całkiem udaną. Kilka rzeczy do poprawy jest. Przede wszystkim jeśli chodzi o ekwipunek i sposób jego spakowania! Poza tym już nie mogę się doczekać kolejnej wyprawy!

DSC00934

Podobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

Sezonówki 1: Wrzosowiska

[Sezonówki – w  Polsce jest wiele różnorodnych miejsc. Jedne z nich można oglądać o każdej porze dnia przez cały rok i wyglądają tak samo niesamowicie. Jednakże istnieją miejsca, które swoje piękno odkrywają tylko w pewnym okresie. Pamiętacie film o nieznośnym chłopcu Dennisie, którego mama musiała wyjechać i zostawiła go pod opieką sąsiada-zgreda. Rodzące się między nimi emocje i rozwój akcji tworzy interesującą fabułę dla całej rodziny. Jednak największym sekretem i jednocześnie największym szczęściem, czymś czemu ów sąsiad podporządkowuje swoje życie jest pewien kwiat. Kwiat jest niesamowity ponieważ rozkwita tylko raz na dziesięć lat. I tylko na kilka sekund. Wtedy ukazuje swoją dojrzałość i całe piękno. Takie rzeczy i miejsca Lemur nazwał sezonówkami i co jakiś czas zabierze Was w podróż, by pokazać ich piękno.]

Pierwszym takim miejscem są wrzosowiska. Według encyklopedii, wrzosowisko, jest to bezleśna formacja zimozielonych krzewinek. Wedle nazwy naukowej wrzos zwyczajny/ wrzos pospolity (calluna vulgaris). Gatunek nie tylko z nazwy pospolity, gdyż jego występowanie obejmuje zarówno obszar całej Europy, jak i innych kontynentów – Azji i Afryki. Rośnie w wielu miejscach, w różnych klimatach. Wykorzystywany jest jako roślina miododajna i lecznicza, uprawiany jako roślina ozdobna. Spotkać możemy go niemal wszędzie, ale jest jeden warunek. Tym warunkiem jest termin. Feeria fioletowo – różowych barw rozkwita, w zależności od miejsca, od połowy sierpnia do połowy września. I koniec. Jest tylko jeden moment, by uchwycić to w pełni. Coś w podobnie wiosennych krokusów. Chociaż akurat wrzos ludzkość udomowiła i możemy się nim cieszyć w naszych przydomowych ogródkach i w balkonowych doniczkach. Jednak to nie jest to. Obraz wielu hektarów skąpanych różem i fioletem nie tylko robi wrażenie, ale jest też niesamowitym przeżyciem estetycznym.

IMG_0291

Dwa lata temu byłam za wcześnie. Zwiedzając nasz kraj trafiłam do Bornego Sulinowa i Kłomina, w pobliżu których znajduje się dawny poligon wojskowy – dzisiejszy rezerwat przyrody Diabelskie Pustacie. Rezerwat zajmuje 936 hektarów, z czego duża część to właśnie wrzosowiska. Jest to kolejny dowód na to, że wrzosy nie potrzebują dużo, by rosnąć. Wrzosy jednak, w tym miejscu, nie są niczym nowym. Pierwsze wzmianki o czarcim wrzosie pojawiły się na niemieckiej mapie z 1875. Różowe połacie krzewinek możemy podziwiać spacerując wokół, jak i z drewnianej wierzy widokowej. Dojechać można rowerem lub samochodem, chociaż droga nie jest najlepszej jakości.

DSC07723

W zeszłym roku natomiast się spóźniłam, do Mostówki oddalonej o ok. 40 km od Warszawy w kierunku Wyszkowa, trafiłam na ostatni dzwonek, gdy jeszcze kilka spóźnionych wrzosków budziło się do życia, ale cała reszta szła już spać. A jest to również niemały teren.  Tutaj wrzosowisko ulokowało się na wydmach lucynowo-mostowieckich i zajmuje obszar ok. 400 hektarów i objęty jest programem „Natura 2000” (od 2008r.). Niektórzy znawcy twierdzą, że jest to największe wrzosowisko w Europie poza Wielką Brytanią. Jeśli akurat nie kwitną wrzosy to naprawdę trudno jest się zorientować, że to właśnie tutaj powinny one być. Tory, rzadki las i piaszczyste, pagórkowate, łąki z bardzo małą ilością roślinności, zwane Białymi Górami. Spacerować można godzinami wspinając się w górę i schodząc w dół, robiąc przystanki na posilenie organizmu i podziwianie przyrody. A podziwiać jest co! W dodatku częstokroć całe to bogactwo mamy tylko dla siebie!

DSC07701

W tym roku, w końcu, udało się! Jak to się mówi: do trzech razy sztuka! Tym razem na wrzosy trafiłam całkowicie przypadkowo, w Słowińskim Parku Narodowym. W miejscu, gdzie nie ma osławionych, gigantycznych, wrzosowisk. Są za to idealne warunki dla wrzosów – wydmy i las. Idąc codziennie na plażę z każdym dniem zauważałam coraz większą ilość fioletowych plamek na tle zielonego mchu i piaszczystego podłoża. W ostatnich dniach wyjazdu wrzosy wybuchły całą mocą – róż i filet wszędzie! Nieziemska orgia barw i radość, że w końcu się udało. Robiąc zdjęcia nie mogłam się opanować i zdecydować, których krzaczkom robić zdjęcia, a które ominąć. Ostatecznie robiłam zdjęcia wszystkim napotkanym po drodze, co poskutkowało wyładowaniem baterii i brakiem miejsca na karcie pamięci. Jedno jest pewne: wrzosy wyglądają absolutnie niesamowicie, ale żeby się o tym przekonać należy zobaczyć na własne oczy.

DSC00605

Wrzosowe miejscówki w Polsce:

  1. Rezerwat przyrody „Diabelskie Pustacie” koło Bornego Sulinowa;
  2. Obszar „Natura 2000” w Mostówce (ok. 40 km od Warszawy);
  3. Łąki i lasy w okolicy Wilgi;
  4. Słowiński Park Narodowy;
  5. Bory Dolnośląskie: okolice Przemkowa, Chociankowa i Świętoszowa.

IMG_0295

 

Spodobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

 

 

Podsumowanie miesiąca vol 1: lipiec 2017

Są wakacje, a ja jakoś ostatnio tego nie zauważam. W zasadzie jest już połowa wakacji, a ja nic! Niby byłam na wyjazdach, niby weekendy spędzam na wolnym powietrzu ze znajomymi i rodziną, ale cały czas czułam się zmęczona i miałam poczucie zmarnowanej okazji do korzystania z wakacji. Dlatego idąc za radą Oli, czyli Pani Swojego Czasu i Kasi z Worqshop postanowiłam być bardziej uważana, zwracać uwagę na to co mam i przestać stawiać sobie tak bardzo wygórowane cele. W związku z tym rozpoczynam nowy – co miesięczny cykl postów, w którym to zbiorę wszystkie kadry, miejsca i chwile, z mijającego miesiąca. Lipiec to miesiąc moich urodzin więc wydaje się idealny, jak na początek nowego cyklu. I wiecie co? Wyszło fantastycznie! Przypomniałam sobie te wszystkie fantastyczne momenty – granie w gry, letni deszcz, skakanie w kałuży i naleśnika z jagodami! Lipiec zdecydowanie upłynął pod znakiem Południa i jagód! Zapraszam was w lipcową podróż sentymentalną.

1

Lipiec rozpoczęłam od urodzinowej wycieczki do Katowic – był tort, balony, sto lat i oczywiście mnóstwo prezentów. Przyjemne chwile zatarły nieprzyjemną podróż, która trwała zdecydowanie dłużej niż zakładałam o jakaś 1,5h dłużej. Wracając wstąpiłam też do sklepu po śląskie słodkości – oblaty i szklaki, czyli andruty i cukierki.

3

Po powrocie z Katowic miałam trochę czasu na odświeżenie, jeszcze studenckich, znajomości. Wieczór w samym Centrum Warszawy – na Chmielnej, spędziłam w towarzystwie Michała, Ewy i gier planszowych. Graliśmy w „7 cudów świata” i „TimeLine” w wersji o Polsce. Zapomniałam już jakie to fajne uczucie: zabawa z nutką rywalizacji i można tak do rana! Jak wychodziłam od nich właśnie nadchodziła wielka burza, niebo było granatowo – stalowe i zerwał się wieki wiatr. Trochę strachu czy dążę do samochodu było, nie mniej powietrze pachniało wspaniale. A do samochodu nie zdążyłam! Ale to przez witrynę w Flying Tiger – tam zawsze jest coś fajnego, chociaż zazwyczaj niepotrzebnego.

WP_20170715_12_18_51_Pro

W połowie miesiąca udało mi się wyrwać na weekend na Południu – był Kraków, Mogilany, Buków, termy w Chochołowie i spacer po Zakopanym (w tym obowiązkowa panorama miasta z Gubałówki). Chociaż pogoda nie dopisała to bliskość gór i niesamowite widoki wynagrodziły wszystko. Poza tym mam dylemat, które termy są moimi ulubionymi – te w Białce czy w Chochołowie. Najlepiej sprawdźcie oba miejsca i zdecydujcie sami. Klasycznego spaceru po tatrzańskich dolinkach nie było, ale spacer po Bukowie i Mogilanach wynagrodził wszystko. Szczególnie, że wyszło słońce i widoki stały się jeszcze bardziej niesamowite. Ach zapomniałabym! Jednym z odkryć tego wyjazdu, poza termami w Chochołowie, był punkt widokowy na lotnisko w Balicach – górka od strony lądowania samolotów! Robi wrażenie – już teraz nie dziwię się tym zapaleńcom, którzy wiele godzin czekali na lądowanie Air Force One w Warszawie. Nadmiernie tylko troszeczkę o jedzeniu – oscypki z żurawiną z grilla, góralska kwaśnica i pierogi z jagodami. Co więcej do szczęścia potrzeba?

9

Środek lipca spędziłam w moim ukochanym miejscu na Ziemi, czyli w Bieszczadach, a konkretnie w Łopience – dawna wieś w Dolinie Łopienki,  cieniu Łopiennika i Korbani. Dziś pozostała cerkiew z kopią obrazu Matki Boskiej Łopieńskiej (oryginał jest w Polańczyku) oraz drewnianą rzeźbą Chrystusa Bieszczadzkiego, ruiny piwniczek ukryte w wysokich pokrzywach i studencka baza namiotowa „Łopienka”. Całe Bieszczady pachną miętą i jagodami, ale to miejsce jest szczególne. Wyjazd był wyjątkowo krótki, ale postanowiłam wykorzystać go do ostatniej kropli. Były więc Rawki, były pierogi w Siekierze w Cisnej, były połoniny, były bieszczadzkie cerkwie – z racji możliwości wykorzystania samochodu – oraz po raz pierwszy – Naleśnik Gigant © w Chacie Wędrowca. Pycha!

6

A wracając z Bieszczad zahaczyłam jeszcze o skansen w Sanoku i Kolbuszowej – wstyd się przyznać, ale w obu byłam po raz pierwszy. Obra różne, ale oba ciekawe. Sanok – klasa sama w sobie – przekrój ludów gór i ich domostw naprawdę imponujący. Imponująca jest też najnowsza część skansenu – Galicyjski Rynek, chociaż, jak dla mnie, nieco wieje nudą i pustką – nawet podczas dużego wakacyjno – niedzielnego ruchu turystycznego. Sanok jest na tyle dużym skansenem, że ma się poczucie osamotnienia podczas zwiedzania. Grupy z przewodnikami chodzą w dosyć dużych odstępach, więc „zwykli zwiedzający” mają możliwość swobody. Minusem jest to, że do większości chałup bez przewodnika nie wejdziemy oraz bardzo słabe oznakowanie terenu. Mapkę z planem skansenu dostałyśmy dopiero na końcu – chyba żeby zobaczyć, co ominęłyśmy. Zupełnie inaczej jest w Kolubuszowej – tam mapka jest jednocześnie biletem, ale teren skansenu jest dobrze oznakowany, jak poszczególne sektory dobrze skomunikowane. Brakuje mi tylko nieco rozbudowanej gastronomii, bo przyznam się, że po tylu godzinach jazdy samochodem i chodzenia po skansenach, miałam ochotę zjeść coś większego niż naleśniki z serem. Ale może się czepiam:. Dalsza podróż do domu przebiegła bez większych komplikacji.

 

WP_20170723_12_35_11_Pro

WP_20170723_13_44_53_Pro

Po powrocie z Bieszczadów w Warszawie zrobiła się pogoda po psem – była naprawdę śliczna jesień tego lata! Za to dzieci były zadowolone – kolorowe kalosze + kałuże = super frajda. Nie powiem, też skorzystałam z tej zapomnianej nieco zabawy!

11

Ostatni weekend miesiąca spędziłam opychając się pysznościami: na Festiwalu Pierogów Świata w sobotę i na Pikniku Azjatyckim w niedzielę. Ukraińsko – rosyjskie pielmieni, gruzińskie chinkali, chińskie dim sum, hiszpańskie empanadas, włoskie calzone i wreszcie nasze polskie- z burakami, malinami, jagodami, czekoladowe… Pierogowy raj po prostu. Bulwary Wiślane, niedaleko Pomnika Saperów i knajpy Cud nad Wisłą zaroiły się od pierogożerców. Na szczęście – pomimo sporej frekwencji – pierogów wystarczyło, a kolejki nie były aż tak duże. W niedzielę również było przepysznie – kuchnia koreańska, libańska, chińska, japońska, gruzińska, a nawet nepalska wabiły zapachami i wyglądem potraw. W barze Iskra, na terenie Skry, niedaleko Pól Mokotowskich całą niedzielę spędziłam wylegując się w hamaku i pojadając pyszności – moim osobistym hitem okazał się mango lassi – koktajl z mango i jogurtu ze stanowiska nepalskiego. Całkiem smaczne były też bulgogi, nieco rozczarowujący był vege ramen. W brew tego co mogłoby się wydawać, ludzi nie było zbyt dużo. Oczywiście, jak na niewielki teren był mały tłumek, ale kolejek do jedzenia nie było, a korkowało się przy barze z napojami i koło niewielkiego basenu.

12

WP_20170729_12_43_49_Pro

Lipiec upłynął pod znakiem wakacyjnej laby, poprzeplatanej pracą, tak bym to ujęła. Nie zdążyłam jeszcze w tym roku skosztować gofrów więc wszystko przede mną! Pierogów z jagodami i malin nigdy dość, więc myślę, że jeszcze niejedno malinowo – jagodowe przedpołudnie i popołudnie przede mną. Wbrew temu, co mi się wydawało udało mi się całkiem sporo dni wykrzesać na odpoczynek i wyjazdy. W zasadzie w każdy lipcowy weekend gdzieś wybyłam. Patrząc na to całościowo wychodzi na to, że mam całkiem fajne wakacje! A przecież urlop dopiero przede mną! Muszę częściej robić takie podsumowania! I Ciebie też do tego zachęcam!

 

Podobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

Apteczka podróżna – jak, co i gdzie?

Są pewne rzeczy, które w podróż musimy ze sobą zabrać. I nie ważne czy jest to dwudniowa wycieczka na kajaki, tygodniowy trekking w Bieszczadach czy półroczna podróż życia. W zasadzie ilość podstawowych rzeczy do zabrania jest taka sama przy każdym z tych wyjazdów. Dzisiaj będzie o apteczce. Czasami możemy z niej nie skorzystać w ogóle, czasami wyjmiemy tylko plaster lub użyjemy bandaża jako sznurka, ale bywa i tak, że uratuje nam życie. Dlatego bez względu na to, gdzie i na ile jedziemy apteczkę powinniśmy mieć ze sobą zawsze. Oczywiście wyposażenie naszej apteczki będzie różnić się w zależności do tego czy jedziemy do Sandomierza czy do Łopienki w Bieszczadach – odległość od najbliższej apteki i punktu medycznego ma duże znaczenie, tak samo jak miejsce, do którego się wybieramy. Ważną sprawą jest też aktualizacja wyposażenia naszej apteczki, czyli przede wszystkim sprawdzania daty przydatności do spożycia leków, które w niej mamy. Poniżej lista rzeczy, które znajdują się w mojej.

  • Opatrunki – plastry o rozmaitej wielkości, czasami takie do przycięcia czasami „gotowce” w zależności, co jest pod ręką. Przydatna jest też gaza, opatrunki jałowe i bandaże. Są nieocenione w przypadku większych skaleczeń czy zwichnięć. W razie potrzeby przez gazę możemy coś przefiltrować, a z bandaży zrobić sznurek, plastrami zaś możemy zalepić dziurę w podręcznym plecaku.
  • Turystyczna folia termiczna (NRC) – niewielki prostokątny, dwustronny pakunek może uchronić nas przed piekącym słońcem lub dużym mrozem. W czasie deszczu sprawdzi się też jako peleryna, gdy takowej nie będziemy mieć. A w zimne wieczory może posłużyć za koc.
  • Antybakteryjny żel do rąk – jak z wieloma rzeczami jego skuteczność i konieczność stosowania poddawana jest w wątpliwość. Jedni stosują go nałogowo, inni od niego stronią. Jego zadanie jest proste: zniszczyć ewentualne bakterie, wirusy i inne zanieczyszczenia. Robi to tak skutecznie, że niszczy też naszą naturalną florę bakteryjną, która czasami jest przydatna. Ja zabieram go ze sobą w podróż, wy macie wybór.
  • Rękawiczki lateksowe bardzo przydatne w przypadku ran otwartych, krwawienia itd. Możemy zabezpieczyć swoje ręce, nie tylko pomagając znajomym, ale też nieznajomym na szpaku – jest to bardziej higieniczne, gdyż z jednej strony chronimy siebie przed ewentualnym zakażeniem, z drugiej zaś nie przenosimy własnych bakterii na poszkodowanego. Przydadzą się też podczas wymiany oleju czy grzebania w ziemi.
  • Jednorazowe chusteczki odkażające, ewentualnie woda utleniona, ale ona jest nieco nieporęczna, do tego passe i nie nadaje się do odkażania wszelkich ran. Chusteczki np. Leko lub octenisept dają większe pole do popisu, przy okazji są lekkie, nie zajmują wiele miejsca i nie ma ryzyka, iż ich ‘zawartość’ zaleje nam apteczkę i plecak. Można zabrać też małe jednostki soli fizjologicznej, ale ja z niej nie korzystam więc się nie wypowiem.
  • Nożyczki, pęseta– must have i już. Nie tylko do apteczki, ale ogólnie. Pensetą wygubienie niepotrzebne włoski, ale też kleszcza w razie potrzeby. Nożyczkami przetniecie sznurek, kołtun na włosach, ale też bandaż czy plaster.
  • Jednorazowa maseczka do sztucznego oddychania – można, ale nie trzeba. Na pewno poprawia komfort i bezpieczeństwo w przypadku konieczności udzielenia pierwszej pomocy. Oby była niepotrzebna. Przy okazji przypominam: 30 ucisków na 2 wdechy.
  • Leki – leki w apteczce też są osobnym tematem, szczególnie, że jeśli nie jesteśmy ratownikami nie mamy prawa ich podawać. Jednak ja w swojej apteczce zawsze mam leki, które są sprawdzone i pomogą mi w kryzysowej sytuacji. Do tego takie, które przyjmuję stale – przecież wyjazd nie sprawia, że przestałam chorować czy nagle ich nie potrzebuję! Pamiętajcie o tym przed wyjazdem! Przede wszystkim mam leki alergiczne, jako alergik nie rozstaję się z nimi. Dobrym pomysłem jest też zapakowanie wapna – nawet jeśli nie jesteśmy zdeklarowanymi alergikami mogą wystąpić pokrzywki lub inne reakcje alergiczne, w których wapno może pomóc. Po drugie leki przeciwbólowe: preferuję ibuprom lub coś w tym stylu niż no-spę i apap, ale co kto „lubi”. Po trzecie leki wzmacniające odporność Wit. C i gripex lub coś podobnego, przydaje się kiedy przemoknę na deszczu podczas spaceru nad Bałtykiem oraz gdy na połoninach będzie wiać. Czasami zabieram ze sobą też leki przeciwbiegunkowe lub węgiel medyczny na zatrucia. Jednak podczas zatruć preferuję głodówkę i mocną herbatę. A poważne biegunki, odpukać w niemalowane, omijają mnie jak na razie. Zabieram też ziołowe tabletki na ból gardła. Nie zabieram ze sobą leków na chorobę lokomocyjną, gdyż zazwyczaj jej nie mam, a jak już to wystarczy nawiew, otwarte okno, woda i… miętowe tic-taki.
  • Kremy i maści – ja zabieram ze sobą coś na ukąszenia komarów i innych muszek (zabieram też sprey przeciw owadom). Do tego koniecznie krem na poparzenia i zwykły nivea (krem do opalania z filterm UV też jest niezbędny – i to nie taki 10, tylko 40-50 co najmniej). Mam też maść na stłuczenia i bóle mięśniowe (voltaren, altacet lub siniak).

first-aid-908591_1920

Gotowiec vs indywidualizm

Kupując gotowe apteczki otrzymujemy spokój – dostajemy komplet przydatnych rzeczy, z których skorzystać możemy podczas sytuacji awaryjnej. Ponadto mamy możliwość zakupu różnych typów i wielkości apteczek. W kilka chwil dostajemy gotowy produkt: wyposażenie i jego obudowę, gotowe do zabrania. Pamiętajmy jednak, że zazwyczaj w apteczkach „gotowcach” nie ma leków. Do tego przejrzyjmy ich zawartość przed zakupem, by sprawdzić czy nam odpowiada, a już na pewno przed samym wyjazdem, by po prostu widzieć, co mamy. Gotowce mają to do siebie, że są wystandaryzowane – zawierają obowiązkowe rzeczy, które niekoniecznie mogą odpowiadać naszym potrzebom. I tutaj znowu uwaga kupujmy raczej te sprawdzone, od firm, które mają doświadczenie w tym temacie, a nie w supermarkecie czy najtańsze na aukcji internetowej. Indywidualnie kompletując apteczkę mamy większy wpływ na to, co się w niej znajdzie. Jednak wymaga to nieco wiedzy i doświadczenia, no i zabiera trochę czasu. Chociaż gdy już ustalimy listę zakupów same zakupy najczęściej możemy zrobić w najbliższej aptece.  Pamiętajmy też o pokrowcu – czystej, zamykanej torebce, kosmetyczce lub specjalnej torbie, by nasza apteczka nie była rozsiana po całym plecaku, by nie zmoczył jej deszcz oraz by była po prostu łatwo dostępna.

help-1639253_1920

Podsumowanie

Na koniec pamiętajcie o kilku najważniejszych rzeczach:

  1. Apteczki powinniśmy kupować w sprawdzonych sklepach medycznych/ aptekach, a nie na stacjach benzynowych czy na promocji w supermarkecie.
  2. Powinniśmy dokładnie wiedzieć, co w nich mamy i do czego to służy. Czyli przed wyjazdem warto zapoznać się np. z ulotkami jeśli mamy w apteczce leki.
  3. Apteczki powinniśmy dopasować do wyjazdu i naszych indywidualnych potrzeb, jeśli jedziemy w pojedynkę lub zrobić wywiad i zabrać leki „bezpieczne” dla grupy, z którą jedziemy (w przypadku obozów turystycznych).
  4. Przed wyjazdem sprawdźmy czy zawartość naszej apteczki ma odpowiednią datę przydatności, a nie pakujmy tam rzeczy z szuflady, które przecież trzeba kiedyś wykorzystać.
  5. Zawartość apteczki powinniśmy trzymać w oddzielnym opakowaniu – nie musi to być od razu specjalistyczny plecak, ale oddzielna torebka czy kosmetyczka, do której nie przedostanie się woda czy niechciane zanieczyszczenia zewnętrzne. Nie wrzucajmy leków czy bandaży luzem do plecaka!
  6. Do apteczki zapakować możemy tez instrukcję udzielania pierwszej pomocy, niby wszystko wiemy, ale w sytuacji sterowej nigdy nie mamy pewności, jak nasz organizm zareaguje.
Podobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

 

Noc muzeów, czyli o tym, jak zwiedzać muzea

Prawda nr 1 Muzea jako takie nie cieszą się dużym zainteresowaniem. W zasadzie jadąc na wakacje, wolimy cieszyć się pogodą i okolicą, aktywnie spędzając czas niż włóczyć się po muzeach. Chyba, że są to najbardziej znane i „modne” miejsca – jak Luwr czy Metropolitan Museum w Nowym Jorku. Wszyscy jednak wiemy, że są. Do tego zgadzamy się, że są ważne i należy je wspierać. Ponadto człowiek kulturalny, jeśli chce się za takiego uważać powinien uczestniczyć w kulturze. A uczestnictwo w kulturze wiąże się z odwiedzaniem miejsc kulturalnych, w tym również muzeów. Warto zatem inwestować nasz czas w odwiedzanie muzeów, gdyż to rozwija i poszerza nasze horyzonty.

Prawda nr 2 Muzea są różnorodne i jest ich dużo. Zajmują się różnymi wycinkami naszej rzeczywistości, stąd różnią się od siebie eksponatami, formą ich ekspozycji oraz zasadami zwiedzania. Nie wszystkie muzea są dla każdego. Stąd warto, przed wizytą, sprawdzić wcześniej, co prezentują, w jakiej formie i kiedy.

Prawda nr 3Według danych GUSu najwięcej muzeów w Polsce znajduje się w województwie mazowieckim i małopolskim – po 119 placówek. Najmniej jest w województwielubuskim – 17 miejsc i opolskim – 16. Na podium znalazły się muzea regionalne, których jest najwięcej, bo aż 189 placówek, nieco mniej jest muzeów historycznych – 143 , a podium zamykają muzea artystyczne, których jest 83.

WP_20150306_014

Jak wynika z powyższego wykazu prawd – muzea w Polsce istnieją i warto do nich zaglądać. Najwięcej jest ich na Mazowszu – tutaj przoduje Warszawa i w Małopolsce, gdzie prym wiedzie Kraków. Nie dziwi więc, że w tych dwóch województwach wciąż wymyślane są nowe sposoby na to, by zachęcić nasze – czasami dosyć oporne społeczeństwo – do wizyty, w którymkolwiek z nich.  W Krakowie, dokładniej w Samorządzie Studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, zrodził się pomysł na to, jak zachęcić studentów, by zamiast oddawać się innym rozrywką, raz na jakiś czas, wybrali się do muzeów. Tym pomysłem jest Studencki Tydzień SztukiUJ– akacja skierowana, niestety tylko do studentów i doktorantów Uniwersytetów Jagiellońskiego, pozwalająca za darmo lub za niewielką opłatą (1 zł) odwiedzić wszystkie (lub zdecydowaną większość) krakowskich muzeów – w tym te największe, jak Muzeum Czartoryskich, Zamek na Wawelu czy Muzeum Narodowe, ale również te mniejsze, jak Muzeum Farmacji czy Muzeum Fotografii. Podobną akcją objęty jest krakowski Kazimierz, gdzie raz w roku odbywa się Noc Synagog – niedostępne na co dzień miejsca nagle stają otworem, można do nich wejść, posłuchać prelekcji, wykonać własną chamsę (inaczej rękę Miriam lub Fatimy – popularny w krajach arabskich i kulturze żydowskiej symbol, mający chronić przed złym okiem).

WP_20160716_035

Innym przykładem podobnej akcji – tym razem ogólnopolskiej – jest Noc Muzeów. Autorzy wychodzą z założenia, że część osób nie chodzi do muzeów, gdyż są one za krótko otwarte. Więc proszę od 19 – 1 w nocy można udać się nie tylko do muzeów, ale również do innych miejsc, które (tak samo, jak cześć krakowskich synagog) mogą być na co dzień zamknięte i niedostępne, jak warszawskie Filtry. Tutaj również na zwiedzających czekają dodatkowe atrakcje – w postaci wykładów, prelekcji, pokazów filmów, warsztatów manualnych, gier terenowych.

Jeszcze innym przykładem może być Industriata – regionalne wydarzenie dotyczące muzeów technicznych na Śląsku. Tutaj jednak część wydarzeń jest płatna, na część obowiązują wcześniejsze zapisy. Jednak pomysł pozostał ten sam – możliwość zwiedzenia muzeów w rozszerzonym zazwyczaj wymiarze – zarówno godzin, jak i proponowanych atrakcji.

WP_20170520_18_12_33_Pro

Wszystkie wymienione wyżej akcje, są słuszne, ciekawe i godne polecenia. Jednak wybierając się na nie powinniśmy się do tego przygotować. Po pierwsze powinniśmy wziąć pod uwagę, wymienione na początku tego tekstu, 3 prawdy. Po drugie musimy pamiętać, że każda z wymienionych wyżej atrakcji jest popularna – to znaczy, jeśli nam się podoba to z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy uznać, że ponad połowie społeczeństwa również, a to oznacza kolejki. Gdyż wystawy muzealne, zazwyczaj znajdują się w muzeach, czyli budynkach o ograniczonej przepustowości. Ponadto część wystaw wymaga odpowiednich warunków technicznych – to znaczy, że dany obraz może znajdować się tylko w pokoju z odpowiednią ilością światła, odpowiednią temperaturą oraz odpowiednią wilgotnością. Stąd do pewnych miejsc po prostu nie może wchodzić wiele osób.Dlatego też powinniśmy wziąć to pod uwagę i nastawić się, że do „najlepszych” – najbardziej znanych miejsc, będziemy czekać w kolejkach. Tak jest i już. To prowadzi nas do trzeciej rady: warto poświęcić 10 minut, usiąść spokojnie, przejrzeć program wydarzeń, sprawdzić strony internetowe wybranych obiektów i być może ich fanpage, sprawdzić lokalizację i dojazd do interesujących nas miejsc. Gdyż może się okazać, że muzea, do których chcemy iść znajdują się na trzech różnych końcach miasta i będzie nam się trudno do nich dostać, ale może się też okazać, że możemy wybrane przez nas placówki pogrupować – tak, jak na przykład podczas Studenckiego Tygodnia Sztuki chcąc odwiedzić wszystkie muzea, musimy sobie zaplanować w zasadzie cały tydzień. Możemy też odkryć informację o tym, że żeby wejść do danego obiektu musimy zdobyć wejściówki lub bilety. Pozwoli nam to oszczędzić później czas, pieniądze i nasze nerwy.

WP_20170520_19_30_56_Pro

Biorąc pod uwagę tych kilka prostych rad, wszystkie tego typu atrakcje będą dla nas miłe i przyjemne. Znamienne jest jednak to, że dzisiejszemu społeczeństwu same eksponaty już nie wystarczą. Należy pokazać coś ponad, dać jeszcze jakąś wartość potencjalnemu przybywającemu. Nie mówię, że to jest złe – przeciwnie – w większości przypadków powoduje wzrost zainteresowania obiektem, dodatkowo czasami utrwala zdobytą wiedzę podczas wizyty, a czasami zaprasza na kolejne zwiedzanie. Moje obawy jednak budzi skala dodatków. Powinniśmy pamiętać, że jednak najważniejszy jest eksponat – stąd powinien on stanowić główny trzon, a nie tło i dodatek do czegoś innego – ulotek czy gier. Dodatkowo warto wziąć pod uwagę jeszcze jedną akcję muzeów – większość z nich ma jeden dzień, w którym na co dzień jest otwarta za darmo! Stąd wybierając miejsca na Noc Muzeów czy Studencki Tydzień Sztuki możemy pomyśleć o wybraniu się do miejsc mało znanych lub takich, do których normalnie zwykły, szary obywatel nie ma wstępu.

Narodzie do muzeów marsz!

Podobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

Blog Conference Poznań 2017

W ostatni weekend maja, w stolicy Wielkopolski, Poznaniu odbywała się konferencja dla blogerów – Blog Conference Poznań. Jedno z niewielu ogólnopolskich spotkań, gdzie polska blogosfera może się spotkać, poznać, porozmawiać ze sobą i w ogóle się zobaczyć! Wyjść z domu lub ulubionej kawiarni i spotkać podobnych sobie. Wiedziałam, że świat blogowy jest dosyć spory, ale na tą właśnie konferencję przyjechało ok. 1500 osób! A to i tak ponoć tylko garstka z całej rzeszy, która zgłosiła swoją chęć udziału. To naprawdę jest ogromna ilość ludzi, zajmujących się wieloma różnymi sferami. Tym bardziej jest mi miło, że mnie i Lemurowi udało się tam pojechać.

DSC09588

Niestety wizyty w Poznaniu są dla mnie wyjątkowo pechowe. Jak jechałam tam pierwszy raz, na mecz siatkówki, to AZS Politechnika Warszawska przegrała, a na Blog Conference mogłam wybrać się tylko na jeden dzień. Cóż mając nawet tak mało czasu chciałam wykorzystać wycieczkę jak najbardziej. Jednakże chcąc jednocześnie uczestniczyć w konferencji i zwiedzić kawałek miasta z czegoś trzeba zrezygnować. Ja zrezygnowałam z muzeów, galerii sztuki i głównych atrakcji miasta – je zachowałam na inny raz, a skupiłam się na tych mniej znanych.

Do Poznania dostałam się pociągiem – 5:50 z Warszawy Centralnej – 9:18 Poznań Główny, na szczęście przyjechaliśmy trochę wcześniej. W pociągu trochę się jeszcze przespałam, poznałam nowe koleżanki, których cel podróży był zbieżny z moim i przejrzałam stary przewodnik po Poznaniu, który znalazłam w domu. Konferencja zaczynała się dopiero o 10 więc miałam czas na poranną wycieczkę. Pierwsze co zrobiłam to udałam się do kiosku i kupiłam bilet na komunikację miejską (16zł dobowy, normalny, na wszystkie linie). Co, jak co ale dodatkowe koszty w postaci mandatu nie są mi potrzebne. Pierwszym celem stały się Jeżyce – jedna z najbardziej urokliwych dzielnicy, jakie widziałam. Jeśli lubicie modernizm i secesję to na pewno wam się spodoba. Wąskie uliczki, spokój, cisza, jakby czas nagle zwolnił, a nawet się zatrzymał. I to pomimo wczesnej godziny i faktu, że była sobota. Trochę więcej gwaru i energii było na jeżyckim rynku, na którym znajduje się targowisko, coś jak krakowski Kleparz. Od dworca głównego do początków dzielnicy są jakieś 2-3 przystanki autobusowe, w zasadzie nie trzeba korzystać z komunikacji, można sobie zrobić spacer. Gdy znajdziecie się już na ulicy Roosvelta, koniecznie zatrzymajcie się na chwileczkę przy kamienicy z numerem 6 – to właśnie tutaj w książkach Małgorzaty Musierowicz zamieszkiwał profesor Dmuchawiec, a także jego wnuczka Kreska – później z Maćkiem i dziećmi., a w także Dambo. Jeżyce, dawniej Yssycz, Issyce, Giżyce, Gyżyce, Iżyce, Jerzyce, są  wynikiem XX wiecznej rozbudowy Poznania, kiedy to do granic miasta włączono wiele pod poznańskich wsi i miasteczek.

DSC09591

Wycieczka do Jeżyc zajęła mi w sumie około godziny – mówiłam, że komunikacja działa sprawnie. Konferencja odbywała się w Międzynarodowych Targach Poznańskich, stąd udało mi się, przy okazji od środka, obejrzeć „to monstrum”. Teren Targów jest naprawdę ogromny i w weekend odbywało się na ich terenie kilka różnych imprez. Ich uczestnicy w zasadzie nawet nie widzieli się nawzajem i nie przeszkadzali sobie. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych wydarzeń Targów, oprócz Blog Conference są dla mnie październikowe Targi Hobby.

Organizatorzy zadbali nie tylko o doborowe towarzystwo i wyśmienitych prelegentów, ale też coś dla ciała, czyli kawę, herbatę, wodę i przekąski, które nieco podniosły mój poziom cukru. Co do prelekcji, jak to na konferencjach część była porywająca, a częścią nie byłam zainteresowana. Za to naprawdę ciekawie było zobaczyć tych wszystkich ludzi, których czasami czytam, a czasami oglądam. Moją ulubioną prelekcją była ta Oli Budzyńskiej, czyli Pani Swojego Czasu, całkiem ciekawa była też opowieść ekipy Busem przez świat. Z warsztatów udało mi się być na tym Moniki Kamińskiej dotyczącej budowania marki. Bardzo interesująca dyskusja wywiązała się też podczas panelu pt. „Ekspert jako bloger”. Oczywiście na takich spotkaniach nie wykłady, warsztaty i panele są najważniejsze, lecz spotkania z ludźmi i nawiązywanie kontaktów, co było możliwe podczas przerw kawowych, przerwy na obiad oraz podczas fotospaceru.

DSC09620

Przerwę obiadową jednak wykorzystałam na dalsze zwiedzanie. Kolejnym punktem programu była słynna rzeźba, zmarłej niedawno, Magdaleny Abakanowicz w parku Cytadela. Jest to już dłuższy spacer, więc polecam skorzystanie jednak z komunikacji miejskiej. Tramwajem, których sieć w Poznaniu jest świetnie rozplanowana, a częstotliwość kursowania wysoce zadowalająca i to pomimo weekendu, można dostać się wszędzie. Ja wybrałam poranną wycieczkę do Cytadeli. Park Cytadela to największy poznański park, zlokalizowany w dawnym Forcie Winiary, w dzielnicy Stare Winogrady. Park został też uznany za Pomnik Historii. Od przystanku idąc w kierunku wejścia do parku, przeszłam obok cmentarza wojennego, następnie minęłam Muzeum Uzbrojenia i dalej pięknym parkiem dotarłam do rzeźby „Nierozpoznani”. Jest to największa plenerowa realizacja Abakanowicz, składająca się ze 112 wysokich na około 2 metry, żeliwnych antropomorficznych figur pozbawionych głów i kroczących w różnych kierunkach. Naprawdę robi wrażenie, szczególnie w połączeniu z plażującymi obok ludźmi. Oprócz tej rzeźby w parku można spotkać też inne artystyczne instalacje. Nie mniej jest to park więc dobre miejsce na piknik czy zwykły odpoczynek.

DSC09688

Ostatnim punktem wycieczki był oczywiście poznański rynek – bez koziołków ani rusz! Od poznańskich Targów do Rynku można dojść pieszo lub ponownie skorzystać z komunikacji miejskiej, ja wybrała opcję numer jeden, by nałapać jeszcze przez chwilę atmosfery poznańskich ulic. Do rynku dotarłam ul. Świętego Marcina mijając po drodze Zamek  Cesarski, Pomnik Kryptologów, po czym skręciłam w Aleje Marcinkowskiego, koło Fontanny Wolności, a następnie w ulicę Paderewskiego, mijając Muzeum Narodowe i Zamek Królewski dotarłam do Ratusza Miejskiego. Obejrzałam okalające rynek kamieniczki i udałam się w podróż powrotną na dworzec, po drodze kupiłam jeszcze w cukierni Rogale Marcińskie i można było wracać do Warszawy. Cała podróż zajęła około 16 godzin licząc przejazd pociągiem na trasie Warszawa – Poznań i Poznań – Warszawa.

Poniżej skrócona lista miejsc, które odwiedziłam lub widziałam po drodze:

  • Jeżyce – Teatr Nowy, kamienice przy ul.  Roosvelta, kościół Najświętszego Serca Jezusa i św. Floriana przy ul. Kościelnej, szpital przy ul. Polnej, rezydencje przy ul. Słowackiego, jeżycki rynek.
  • Park Cytadela –  Cmentarz parafii św. Wojciecha, Cmentarz Garnizonowy, wojenny Cmentarz Bohaterów Radzieckich, wojenny Cmentarz Wspólnoty Brytyjskiej, Cmentarz Bohaterów Polskich oraz relikty dawnego cmentarza tzw. starogarnizonowego, niemieckiego Cmentarza Honorowego (Ehrenfriedhof) oraz kwatera prawosławna tzw. Cmentarz Prawosławny; Muzeum Uzbrojenia, Muzeum Armii Poznań; Dzwon Pokoju i Przyjaźni Między Narodami; instalacja Nierozpozani Magdaleny Abakanowicz; rzeźby innych twórców, m.in: Michała Gąsienicy Szostaka, Jerzego Sobocińskiego, Józefa Murlewskiego, Juliana Boss-Gosławskiego oraz wiele drzew i krzewów.
  • Międzynarodowe Tagi Poznańskie
  • Droga do Starego Rynku – Teatr Wielki im. Stanisława Moniuszki, Zamek Cesarski, Pomnik Kryptologów, Fontanna Wolności, Muzeum Narodowe, Zamek Królewski, Kościół Franciszkanów.
  • Stary Rynek – ratusz miejski z koziołkami, Figura św. Jana Nepomucena, Pręgierz, Pomnik Koziołków.

Koszty:

  • Bilety kolejowe: 135, 73 zł (w obie strony)
  • Bilet na komunikację miejską: 16 zł
  • Jedzenie (w tym rogale na wynos): 65, 25 zł (kawa, obiad, rogale)
  • Bilety wstępu: brak

DSC09711

Spodobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! A może znasz kogoś komu przydadzą się takie informacje? Udostępnij post, by więcej osób mogło go przeczytać! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!

Gdynia w 24h

Są rzeczy i miejsca, o których wiemy, że istnieją. Wiemy, ale zbytnio się tym nie przejmujemy. Wiem, że istnieje jogurt truskawkowy, masło orzechowe i słony karmel. Tak samo istnieją buty na niebotycznie wysokich obcasach, pomarańczowe kurtki i samoloty. Tak dobrze odczytujecie nie jadam tych rzeczy, nie noszę butów na wysokim obcasie, nie bardzo lubię pomarańczowy oraz zdecydowanie nie lubię latać samolotami. Tak samo wiem, że istnieje Gdynia – miasto portowe, część Trójmiasta – nie tak zabytkowe, jak Gdańsk i nie tak imprezowe, jak Sopot – ot, stacja końcowa północnego kierunku Pendolino.

DSC06262

Mam rodzinę w Gdańsku więc zazwyczaj wysiadam z pociągu na stacji Gdańsk – Oliwa. W Gdyni byłam kilka razy, które można policzyć na palcach jednej ręki. Kilka razy dzieciństwie, co pamiętam głównie na podstawie zdjęć, w porcie siedząc na jakiejś ławce i oglądając ORP Błyskawica. Ponownie byłam przejazdem na Hel, więc też niewiele zapamiętałam. Najbardziej zapamiętałam wizytę w gdyńskim Akwarium, ale nie pamiętam kiedy i z kim tam byłam – pewnie jakaś kolonia. Niewiele tego więc postanowiłam to zmienić i coś jednak z tej Gdyni zapamiętać. Dobrą okazją do tego, był oczywiście, kilkudniowy pobyt w Gdańsku.

DSC06263

Do Gdyni z Gdańska najlepiej dostać SKM-ką, po drodze można albo spać, albo podziwiać widoki, albo też prowadzić miłą konwersację ze współtowarzyszami podróży. Wysiadając na stacji Gdynia Główna trafiamy do innego świata – nie tak głośnego i zatłoczonego, jak Gdańsk i Sopot. Chociaż pewnie stwierdzenie to nie dotyczy dni, w których na gdyńskim lotnisku odbywa się Opener – jeden z największych festiwali muzycznych w Polsce czy podczas jesiennego Polskiego Festiwalu Filmów Fabularnych, który doczekał się swojego pomnika. Wiecie, że Gdynia jest największym polski miastem, które nie jest województwem? Od zawsze związana z morzem, „zaczynała” jako mała, rybacka wioska, po czym przeistoczyła się w nadmorskie letnisko, by na końcu stać się ziszczeniem polskim marzeń o dalekomorskim porcie. Koordynatorem tych marzeń był inżynier Eugeniusz Kwiatkowski, którego pomnik możemy oglądać przy głównej ulicy miasta. Tuż przed wybuchem wojny, Gdynia, posiadała port rybacki, towarowy, pasażerski oraz stocznię. To stąd odpływał słynny MS Piłsudski i TSS Stefan Batory – statki oznaczające wolność i lepsze życie. Na pięć dni przed wybuchem wojny na placu Grunwaldzkim dał koncert Jan Kiepura. W powojennej historii naszego kraju też odegrała ważną rolę, m. in. znajduje się tu Akademia Morska i siedziba Marynarki Wojennej, nie wspominając dalekomorskiego portu pasażerskiego i towarowego. Do tego jest to jedno z najbardziej słonecznych miejsc w Polsce – słońce świeci tu 1671 godzin w ciągu roku!

DSC06304

Już na wstępie czuć klimat i charakter tego miejsca, gdzie losy lokalnej ludności splatają się z historią całego regionu. Gdynia ma niesamowity klimat – jest otwarta, innowacyjna, nie nastawiona na zysk i wyścig szczurów. Zupełnie inna niż Warszawa czy Kraków. I czuć to zarówno w powietrzu, jak i w działaniach ludzi i władz miasta. Chcecie przykładów? Proszę bardzo –całkowicie darmowy  InfoBox – 22 metrowa wieża z widokiem na zatokę oraz kolejka linowo – terenowa na Kamienną Górę – 52,4 m n.p.m., jedna z dzielnic Gdyni, z której rozciąga się niesamowity widok na miasto i na zatokę aż po Półwysep Helski, przy okazji znajduje się tam też bardzo ładny park oraz zabytkowe zabudowania willowe. Ponadto zieleń zajmuje 45 % powierzchni miasta – Gdynia jest częścią Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, a do tego oprócz parków miejskich jest tu rezerwat leśny a nawet podwodny! Do tego Gdynia jest jednym z dwóch miast w Polsce, w których możemy skorzystać z komunikacji trolejbusowej.

DSC06297

Zwiedzanie zaczęliśmy od spaceru ulicą Starowiejską i Pomnika Wysiedlonych Gdynian – bardzo przejmujący widok.  Spacerując ulicą Starowiejską dochodzimy do głównego punktu programu, czyli skweru Kościuszki – nadbrzeża, przy którym znajduje się Akwarium Gdyńskie oraz cumują statki-muzea ORP „Błyskawica” i żaglowiec „Dar Pomorza”. Akwarium ominęliśmy – kolejka, jak do Wedla podczas Nocy Muzeów. Jednak nie oznacza to, że nie warto. Zobaczyć w nim można jak wygląda dno Bałtyku oraz bogactwo fauny i flory tego akwenu. Za to statki odwiedziliśmy oba – znajdują się blisko siebie, bilety są tanie i naprawdę warto – pierwszy brał udział w II wojnie światowej, drugi szkolił młodzież i powstał ze składek społeczeństwa (stąd jego nazwa), pondato jest jednym z najpiękniejszych polskich żaglowców.Tak samo warto zrobić sobie krótki spacer bulwarami, po czym zagłębić się w modernistyczną architekturę miasta, by na koniec dotrzeć do dawnego Dworca Morskiego, w którym dzisiaj znajduje się Muzeum Emigracji – instytucja na miarę XXI wieku, podobna do Muzeum Solidarności i Muzeum Polin, pod względem użytych środków technologicznych i ilości zgromadzonych zbiorów, opowiadająca o emigracyjnych losach Polaków. Będąc w Gdyni nie można nie odwiedzić tego miejsca, chociaż wycieczka nie będzie krótka. Pamiętacie przejmujący Pomnik Wysiedlonych z początku ulicy Starowiejskiej? Był bardzo wymowny, lecz dosyć statyczny. W Muzeum postacie przemawiają – własnym głosem, poprzez nagrane relacje, za pomocą pamiętników, zdjęć i przedmiotów, ach i jest jeszcze audio przewodnik. Na terenie Muzeum znajduje się też kawiarenko – restauracja, w której możecie wypić kawę lub herbatę i zjeść pożywny lunch wpatrując się w odległy, morski horyzont.

DSC06333

Koniecznie wybierzcie się też na spacer brzegiem Bałtyku – poczujcie piasek pod stopami i zimną wodę, przekomarzajcie się z mewami i podziwiajcie klif w Orłowie – jeden z najstarszych w Polsce rezerwatów przyrody. Klif ma ok. 60 m i zmienia się po każdym sztormie. W lato możecie też załapać się na przedstawienie Teatru Miejskiego, który właśnie w Orłowie rozkłada swoją letnią scenę.

Wycieczkę kończymy z gigantycznym niedosytem Gdyni i lekkim zawrotem głowy spowodowanym ogromem wrażeń, na dworcu głównym w Gdyni, czekając na powrotną SKM-kę do Gdańska.

DSC06324

Spodobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!